Ekspertem, który jest zdania, że w polskiej konstytucji można znaleźć uzasadnienie dla związkół gejowskich jest dr Ryszard Piotrowski z Uniwersytetu Warszawskiego. Według niego wprowadzenie prawa do związku partnerskiego nie narusza art. 18 konstytucji, który mówi, że wykluczenie legalizacji związków partnerskich naruszyłoby konstytucyjną zasadę ochrony wolności - w tym wypadku wolności dążenia do szczęścia. Z duchem konstytucji sprzeczne jest narzucanie mniejszości przez większość jednego modelu realizacji tego dążenia: „Ustawodawca demokratyczny może promować model życia rodzinnego uznany przez siebie za optymalny, ale nie może pozbawiać obywateli prawa do prawnej regulacji życia według ich własnego wyboru”.

 

Gdyby jednak poważnie potraktować opinie dr Piotrowskiego, to nie byłoby wyjścia i państwo musiałoby uznać wszystkie rodzaje patologicznych związków, jeśli tylko prowadzą one w opinii zainteresowanych do szczęścia lub do regulowania życie wedle własnego wyboru. A zatem panie doktorze proszę zacząć domagać się prawa do szczęścia dla dendrofili. Jeśli ktoś chce spędzić swoje życie z jodłą czy sosną – to prawo nie może mu tego zabraniać, a szacunek dla jego godności powinien oczywiście przyznać mu prawo do małżeństwa z sosenką. Jeśli ktoś kocha chomika (przez „ch”) czy świnkę morską także. Jak wszyscy to wszyscy dendrofile też.

 

I proszę mi nie wmawiać, że to nie jest możliwe. Już teraz poważni bioetycy, tacy jak Peter Singer, także na łamach „Gazety Wyborczej” przekonywali, że zakaz małżeństw zoofilskich (nazywanych międzygatunkowymi) wynika tylko z „szowinizmu gatunkowego” ludzi, i że niebawem zostanie on przezwyciężony. Na razie są to tylko słowa, ale... kilkadziesiąt lat temu nikt nawet nie domagał się prawa do związków partnerskich czy małżeństw osób tej samej płci... A teraz czas biegnie o wiele szybciej, eksperci, którzy uzasadnią najbardziej idiotyczną tezę zawsze się znajdą, a „Gazeta Wyborcza” z dziką rozkoszą podstawi im mikrofon.

 

Tomasz P. Terlikowski