Przyszły student medycyny musi wypełnić  ankietę, w której napotyka pytanie: „Załóżmy, że młoda kobieta w ciąży i jej chłopak, oboje zdecydowani na aborcję, przyjdą do Ciebie. Co byś zrobił/a?”. Osobą sprzeciwiająca się aborcji zawsze odpowie: „Doradzam parze, aby zmieniła decyzję o przerwaniu ciąży”. Jednak taka odpowiedź może eliminować kandydata na lekarza.



W USA  uczelnie medyczne mają prawo włączać do ankiet i kwestionariuszy aplikacyjnych otwarte pytania na tematy etyczne.  W wielu szkołach za pomocą pytań o aborcję „namierza się” kandydatów pro-life. Dzieje się tak pomimo faktu, że prawo federalne zabrania szkołom medycznym, otrzymującym jakiekolwiek fundusze z budżetu państwa, oceny kandydatów w oparciu o ich poglądy na temat aborcji. Jednak prawo nie zabrania stawiania pytań o postawę wobec aborcji podczas procesu rekrutacji.  Kandydaci o poglądach antyaborcyjnych  są opisywani jako osoby "naiwne" lub "sztywne" w swoim myśleniu, „zbyt religijne", "nietolerancyjne". W rezultacie uczelnia może uznać, że nie przyjmuje kandydata nie dlatego, że ten jest pro-life, ale dlatego, że nie nadaje się na lekarza z powodu określonych cech osobowości.



Jeżeli jednak studenci dostaną się na wymarzony kierunek, coraz częściej  odmawia  im się stażu na oddziałach ginekologiczno-położniczych, ponieważ nie chcą asystować przy aborcji. Ci, którzy się jednak dostaną, za odmowę udziału w przerywaniu ciąży karani są przez ordynatorów wystawieniem słabej opinii. Według Kueblera po skończeniu studiów sytuacja wygląda również nieciekawie.



Z reguły lekarzy pro-life nie przyjmuje się na oddziały ratunkowe (E.R.), ponieważ odmawiają ordynowania środków poronnych. Otrzymują nagany za doradzanie pacjentom, aby inicjację seksualną odłożyli do czasu ślubu. Są szantażowani zwolnieniem z pracy za odmowę wystawiania skierowań na aborcję. Amerykańskie Towarzystwo Położników i Ginekologów ogłosiło, że lekarz ginekolog-położnik o orientacji pro-life musi „praktykować w pobliżu lekarzy, którzy nie podzielają jego poglądów lub zapewnić, aby wszelkie procedury były wykonywane na miejscu”. Jeśli tego nie zrobi, może stracić licencję na wykonywanie zawodu.


Jednak zmianą takiego stanu rzeczy może być sprawa  studentki pielęgniarstwa Anne Mari Dust, której kazano brać udział w praktykach aborcyjnych za co złożyła skargę do departamentu zdrowia. W skardze napisała, że uniwersytet "bezprawnie  dyskryminuje" studentów, którzy poważnie traktują swoje przekonania pro-life i zmusza ich do naruszenia „federalnego prawa, zezwalającego na sprzeciw sumienia”. Kobieta dzięki swojej determinacji doprowadziła do tego, że wszystkie kliniki i mniejsze ośrodki zdrowia, które zgłosiły się do programu Nurse Residency zrezygnowały ze skandalicznego wymogu. Zwycięstwo Dust może okazać sie przełomowe dla innych studentów medycyny.

 

Ł.A/HLIPolska