Prezentujemy  fragment Raportu „W” napisanego w 1943 r. przez rtm Witolda Pileckiego, opisującego życie obozowe w Auschwitz:

 

P o s t a n o w i o n e   w i ę c   b y ł o   n i e   w r a c a ć.   P r z e d t e m   j e d n a k   t r z e b a   b y ł o   w y j ś ć.   Kapo Czech, długo się upierał, że dziś może pójść do piekarni jeden, a jutro drugi (poza Janem Redzejem, który chodził codziennie).   J a k k o l w i e k   w e w n ą t r z   g o t o w a ł o   s i ę   w   n a s   j a k   w   u k r o p i e,   n a   z e w n ą t r z   u d a w a l i ś m y   z u p e ł n i e   o b o j ę t n y c h.

 

Sprawę z kapo załatwił Jan Redzej tłumacząc, że to dwóch "frajerów", którzy "nacięli się", myśląc, że w piekarni jest łatwa praca i że wobec tego najlepiej ich wziąć na noc, a już on da taką szkołę, że niedługo w komandzie wytrzymają i odechce im się już po dzisiejszej nocy. Najtrudniej jednak było przełamać opór dwóch więźniów piekarzy. Wreszcie wszyscy byli "zrobieni" mową Jana Redzeja, konfiturami, cukrem, jabłkami - z paczek ode mme, i wiele dopomógł wesoły nastrój drugiego dnia Świąt.

 

Godzina 18:30. Od bramy esesman wola: "Bäckerei..." Wybiegamy. Biegnąc do bramy widzę wielu spacerujących więźniów i trzy zdziwione na mój widok twarze (ppor. rez. Jerzego Olszowskiego, Zdzisława Uliasza, Mieczysława ...rowca). Są to jednak wszystko moi dobrzy przyjaciele. Liczą nas. Jest akurat tylu, ile trzeba - ośmiu. Znaczy, że tamci dwaj zrezygnowali na dzisiejszą noc. Gdyby było o jednego za dużo, to jeden z nas nowych musiałby zostać. Otacza nas czterech esesmanów. Idziemy. Jesteśmy za bramą. Ileż ją razy przekraczałem myśląc: "kiedy już nie będę potrzebował do niej powrócić". Dziś wychodzę z myślą,   ż e   p o w r ó c i ć   w   ż a d n y m   w y p a d k u   n i e   m o g ę.

 

Nie da się opisać nastrojów. W każdym razie pewność zupełnego zdecydowania dodała jakichś skrzydeł do ramion. W miasteczku rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Dwóch więźniów i dwóch esesmanów idzie do małej piekami, a my - sześciu z dwoma esesmanami - poszliśmy do wielkiej (co było już z góry ułożone z kapo), by nas tam "poddać ciężkiej próbie", co powierzone było koledze Janowi Redzejowi.

 

Przez noc musi się zrobić pięć wypieków chlebów. Pracowalismy ciężko - poza kolegą Edwardem Ciesielskim - który już na początku pracy "zainscenizował" wypadek z workiem i zwichnięciem (skarżył się na ból w krzyżu). Wszyscy jednak symulować nie mogliśmy.

 

Mieliśmy próbować szczęścia po pierwszym lub drugim wypieku. Tymczasem przeszedł drugi, trzeci, czwarty - a my nie mogliśmy się ruszyć. Sprawę utrudniało to, że w poniedziałek była zawsze zmiana "postów". Dziś właśnie był poniedziałek. Pod koniec tygodnia oni się przyzwyczajali już do pracowników i do drzemek i bywali prawie zawsze już "klapnięci". Od poniedziałku - nowi - byli "tą nową miotłą". A tu jeszcze w bramie, przy wyjściu z lagru, głośno im przy nas zapowiedziano: "Pass auf" - tak że pomyślałem: "Czyżby się czegoś domyślali". W piekarni jeden z nich "przyczepił się" do "naszych" drzwi, szczegółowo je oglądając, kręcąc głową i mówiąc, że są niepewne. Dopiero Jan Redzej musiał użyć swoich wpływów, by go przekonać.

 

Gdy minął poniedziałek i o 12:00 zaczął się wtorek, sytuacja poczęła się korzystniejsza (tylko jeden z postów był przytomny, drugi chrapał), chociaż wciąż jednak dość trudna.

 

Pracowaliśmy rozebrani. Gorąco z pieców wyciskały z nas setne już poty. Wlewaliśmy w siebie ogromną ilość wody. Niemożliwością byłoby odtworzyć nasze ruchy, a raczej gmatwaninę poruszeń i przebiegów w   c e l a c h   z u p e ł n i e   z e   s o b ą   s p r z e c z n y c h:    nadążenia z pracą dla panów majstrów piekarskich, przygotowanie do otwarcia drzwi i skokiem po ubrania. Wszystko maskowane przed czuwającym i chodzącym czasami w ślad za nami żołnierzem. Poza tym, dopóki drzwi były zamknięte, nie mogliśmy na sto procent być pewni, że po usunięciu wszystkich przeszkód na pewno się otworzą, dlatego że jeden zaczep był   o d   z e w n ą t r z .

 

Miałem takie uczucie, jakie się ma przy stawianiu pasjansa, spotęgowane faktem, że stawką było życie. Tak jak w pasjansie zależało wszystko od szeregu szczęśliwych zestawien kart i ich stasowania, tak tu musiały zajść szczęśliwe zbiegi okoliczności, by drogi kursujących, przebiegających w różnych kierunkach piekarzy , a krzyżujące się ze śladami łażącego z kąta w kąt żołnierza, dały w rezultacie taki moment, gdy żadne oko na drzwi nie będzie skierowane. Jednocześnie musiało to się zbiec z momentem, kiedy my wszyscy trzej bylibyśmy w pobliżu drzwi i moglibyśmy nieznacznie zrobic skok po ubrania, jednocześnie otwierając drzwi. Nad wszystkim wisiał jak miecz Demoklesa mus wyjścia, szczegółnie po wycięciu kilku centymetrów kabla nad głowami "Postów". Możliwości wyjścia z minuty na minutę to się zwiększały, to znów malały - z minuty na minutę napięcie nerwów potęgowało się i słabło.

Kiedy Edward Ciesielski zdecydowanie i dośc sprytnie "zoperowal" już telefon, a Jan Redzej odsunął rygle u drzwi i odkręcił mutrę, wypychając zaczep spinający dwie połowy drzwi od zewnątrz i dawał mi znaki byśmy razem ramionami drzwi wsparli i podważyli, wtedy "Post",   p o d s z e d ł   d o   d r z w i,   b y   j e   s p r a w d z i ć.   Obserwując to z odległości paru kroków czekałem chwili jego krzyku. Dlaczego nie zauważył odsuniętych rygli, przeciętego kabla, ani ubranego do drogi Jana Redzeja, który udawał, że jest w ubikacji, pozostanie dla mnie na zawsze niezrozumiałym (musiał i on sam nazajutrz w bunkrze nad tym się zastanawiać).

 

Nareszcie moment odpowiedzi. Podbiegam do Jana Redzeja, jednocześnie Edward Ciesielski przymyka na chwilę inne drzwi, osłaniając nasze działanie przed stojącym w odległości sześciu kroków "Postem". Naciskamy szybko, a mocno z Janem Redzejem na drzwi, jeszcze mocniej, wreszcie cicho i gwaltownie zarazem rozwarły się przed nami.

 

Widzimy gwiazdy, powiało przyjemnym chłodem. Skok i pęd z ubraniem pod pachą. Tak więc - w towarzystwie Jana Redzeja i Edwarda Ciesielskiego opuściłem obóz w Oświęcimiu, żegnany strzałami wartownika, który o chwilę za późno się zorientował.

 

Wyszedłem w nocy - tak samo, jak przyjechałem - byłem więc w tym piekle dziewięćset czterdzieści siedem dni i tyleż nocy. Było już po godzinie drugiej, a więc najwyższy czas na ucieczkę (noc z 26 na 27 kwietnia 1943r.)

 

Wychodząc miałem o kilka zębów mniej niż w momencie mojego tu przyjazdu oraz złamany mostek. Zapłaciłem więc bardzo tanio za taki okres czasu w tym "sanatorium".

 

Wobec niestosowania już rozstrzeliwań dziesięciu za jednego, a tak że i to, że byłem pod przybranym nazwiskiem nie zostawiłem śladów do rodziny, idąc więc w tę   n o c   m i a ł e m   s u m i e n i e   c z y s t e .

 

W paru słowach jest trudno opisać piękno marszu tej pierwszej nocy i paru dni następnych. Dokonywaliśmy wyczynów, rekordów szybkości wbiegania na strome ściany wąwozów, spadania na łeb gdzieś w dół. Parę niezwykłych zbiegów okoliczności mieliśmy i tu z przemarszem przez most kolejowy i kluczem pasującym do przycumowanej łodzi. Przed wschodem słońca z odległości kilkuset kroków uderzył w nas swym aromatem i śpiewem ptaków las. Tu wreszcie czuliśmy się jak w domu. Las zakrył nas od wrogów, a soczysty mech tłumił nasze kroki.

 

W nocy kierowałem się podług gwiazd, w dzień podług słońca. Miasteczko, gdzie miałem poleconych mi znajomych, odległe było o dziesiątki kilometrów, z których my - kołując i omijając osiedla - zrobiliśmy co najmniej sto trzydzieści. Po kłopotliwym przebrnięciu granicy "Gubernatorstwa", w czym nam bardzo dopomógł gościnny ksiądz proboszcz z Alwerni i odpoczynku u poczciwego Piotra Mazurkiewicza w Tyńcu zagłębiliśmy się w lasy Puszczy Niepołomickiej. Dnia 1 maja po "przeprawie" w leśniczówce, gdzie zostałem lekko ranny w prawe ramię (przez Niemca "Vorschutza", który nieumiejętnie oddał do nas dziewięc strzałów), wieczorem byłem z kolegami u celu. Po spędzeniu paru dni w serdecznej atmosferze polskiego domu rodziny Oborów i małżonki Edwarda Zabawskiego, pani Heleny, prowadzony przez Leona Wandasiewicza poszedłem się zameldować tam, gdzie należało. Przyjaciel mój Tomasz Serafiński meldował dalej. Lecz następny szczebel Wiatr - "Teodor", po paru dniach ze strachem zjawił się u mego przyjaciela i oświadczył, że on ma dokładny plan Oświęcimia, a na planie on nie ma piekarni. Dotychczas z Oświęcimia uciekło w ogóle trzech ... Tak więc: 1. To wszystko jest podejrzane. 2. Należy jak najszybciej zatrzeć ślady (przyjaciel mój nie mógł do niego zatrzeć sladów, bo go dobrze znał, ja do mego przyjaciela również, gdyż siedziałem w lagrze przeszło dwa lata i pół roku pod jego nazwiskiem). 3. W ogółe niech oni idą gdzieś dalej (przypszczalnie na złamanie karku). Otóż i trafiłem na jednego z Napoleonów organizacyjnych, którzy jak mówiono w lagrze, tak bardzo zajęci są (w myślach) braćmi w Oświęcimiu, zanim tam sami nie trafią. Znaleźliśmy jednak i bardzo serdecznych ludzi: poza rodziną Tomasza Serafińskiego korzystaliśmy również z "dachu" dzielnego i ofiarnego Polaka - Józefa Romana.

 

O mojej pracy w obozie oraz o projekcie opuszczenia obozu pisałem z lagru listy: okólną drogą po polsku i drogą "urzędową" do pani Eleonory Ostrowskiej. Na wolności już się dowiedziałem, że listy te były przez panią Eleonorę Ostrowską skierowane do "Góry" przez "Skibę" (Edward Baird) - "Zamek" obecnie "Klucz" - skąd odpowiedziano tylko: "listy bardzo nas interesują " - i -, "jeśli będzie, to prosimy o ciąg dalszy.". Uważali widocznie, że sprawę załatwili (urzędownie).

 

W październiku 1943r., będąc już w Warszawie otrzymałem oświadczenie Edwarda Ciesielskiego, który w Bochni spotkał zwolnionego z lagru w jesieni 1943r. muzyka Antoniego Gargula (nr 5665), przy czym tenże oświadczył, że "po ucieczce trzech przez piekarnię żadnych represji w obozie nie było"

 

Co znalazłem wsród ludzi po powrocie moim do życia, a co nazywałbym nawrotem do zmierzchu życia duchowego, poruszyłem w rozdziale następnym - IX. Tu krótko powiem tylko: miałem wrażenie, że zajrzałem nagle do pokoju dziecinnego, gdzie każdy był serio zajęty swoją, zabawką (...).

 

Całość: Raport-Witolda

 

JW/polandpolska.org