W 1906 roku polski robotnik Henryk Baron złożył zeznania na temat tego, jak spędził kilka gorących, sierpniowych dni:

Dnia 15 sierpnia (…) o 12 godzinie 30 minut w południe podszedłem do VII policyjnego cyrkułu i rzuciłem dwie bomby, które wywołały straszny wybuch, po którym natychmiast siadłem do dorożki i odjechałem do miasta, gdzie po godzinie policja mnie aresztowała, ale po krótkim badaniu zwolniła. (…) Prócz tego przyznaję, że ja osobiście zabiłem dwóch stójkowych i pięciu czy sześciu rewirowych.

Tak, jednego rewirowego zabiłem przy ulicy Pawiej, koło więzienia  śledczego. Drugiego rewirowego zabiłem na rogu ulic Piwnej i Świętojańskiej. Trzeciego zabiłem na ulicy Ogrodowej w pobliżu ulicy Żelaznej. Czwartego vice-rewirowego zabiłem na ulicy Solnej dnia 15 sierpnia 1906. Tegoż dnia na ulicy Dzikiej zabiłem dwóch stójkowych.

Baron nie był żadnym szaleńcem. Brał udział w zorganizowanej akcji mającej na celu wywarcie zemsty na carskim reżimie okupującym ziemie polskie. W efekcie tej tak zwanej „krwawej środy” w jednym dniu zginęło od 72 do 78 funkcjonariuszy wroga: policjantów, żołnierzy, urzędników. I to był tylko wierzchołek góry lodowej.

Wojciech Lada, autor książki „Polscy terroryści” wylicza, że tylko w 1906 roku Polacy dokonali 1245 zamachów terrorystycznych. Znaczy to tyle, że statystycznie każdego dnia tego roku miały miejsce co najmniej trzy zamachy – dodaje.

Skala terroru spadła w kolejnych latach, ale wcale nie zanikła. Po prostu akcje przypadkowe i spontaniczne ustąpiły miejsca działaniom doskonale zorganizowanych bojówek. W 1907 roku codziennie odbywały się ponad dwa zamachy. W 1911 – jeden zamach co dwa dni.

Wojciech Lada wylicza:

Z powodzeniem napadano na pociągi czy dyliżanse pocztowe i rzucano bomby w przedstawicieli carskiej generalicji. Strzelano do stójkowych i szpicli Ochrany. Odbijano więźniów ze ściśle strzeżonych więzień i snuto plany zabicia cara –

Żaden oficjel wroga nie mógł czuć się bezpieczny. Na generałów, wysoko postawionych urzędników, gubernatorów zamachy wykonywano po kilka razy. Do skutku. W wolnych chwilach polscy terroryści ćwiczyli na prostszych celach – szeregowych policjantach, a nawet zwyczajnych stróżach.

Przedwojenny historyk, Eugeniusz Ajnenkiel, zreasumował działalność tylko jednej, kilkuosobowej komórki terrorystycznej z łódzkich Bałut:

Wykonali: zamach na strażnika na rynku Starego Miasta, zamach na żandarma przechodzącego ulicą Andrzeja, pomiędzy Spacerową a Wólczańską, zamach na agenta policji w mleczarni „Rogów” (przy ul. Narutowicza), zamach na prowokatora idącego ulicą Dowborczyków, przy ul. Przejazd, zamach na woźnicę powozu policmajstra m. Łodzi przed parkiem Staszica, zamach na sklep monopolowy z zabraniem pieniędzy przy ul. Pomorskiej, zamach na członków straży ziemskiej w Radogoszczu.

Podobnych komórek były setki. Polskich terrorystów – zdaniem Wojciecha Lady nawet osiem tysięcy.

Wojciecha Lady pt. „Polscy terroryści” (Znak Horyzont, 2014).

mm