Powinno być wspaniale. Łączy nas pięćset lat wspólnej historii, tradycja wieloetnicznego i tolerancyjnego państwa, które może być wzorem dla Unii Europejskiej. Łączy nas wspólne zagrożenie ze Wschodu, które wymusza prowadzenie skoordynowanej polityki bezpieczeństwa energetycznego. Łączy nas niechęć wobec dechrystianizacyjnych zapędów eurokratów z Brukseli i Strasburga. Łączą nas w końcu interesy gospodarcze i projekty wspólnej infrastruktury transportowej, takie jak budowa autostrady Via Baltica czy szybkiej trasy kolejowej Rail Baltica.

Powinno więc być wspaniale, a jednak tak nie jest. Wspaniale jest tylko podczas oficjalnych wystąpień, kiedy do Wilna przyjeżdżają politycy z Warszawy. Ale kiedy tylko wrócą nad Wisłę, litewscy oficjele zmieniają ton i już w zupełnie inny sposób rozmawiają z mieszkającymi na Litwie Polakami.

</a><a href="http

Niedawny wyrok Trybunału Konstytucyjnego w Wilnie, który pozbawia tutejszych Polaków prawa do posiadania własnego imienia i nazwiska (jeśli ktoś nazywa się np. Adam Rymkiewicz, to oficjalnie może funkcjonować tylko jako Adomas Rimkievicius), jest tylko wierzchołkiem góry lodowej tej dyskryminacyjnej polityki. Obowiązująca na Litwie ustawa o języku państwowym jest sprzeczna z Europejską Konwencją Ochrony Praw Mniejszości Narodowych, ale – jak stwierdzili litewscy sędziowie – jest zgodna z konstytucją. To właśnie na podstawie tego prawa zabroniono polskiej szkole średniej w Ławaryszkach nadania imienia Emilii Plater – patronem może być tylko Emilijos Platerites. Szkole podstawowej na Lipówce w Wilnie zakazano z kolei nadać imię Tadeusza Kościuszki, gdyż – według oświadczenia miejscowych władz – "Kościuszko nigdy nie był obywatelem Litwy i niczym się dla Litwy nie zasłużył".

Na Wileńszczyźnie znajduje się największe skupisko Polaków za naszą wschodnią granicą. Ale jeśli nic się nie zmieni, to grupa ta rozpłynie się w litewskiej większości. W 2001 roku Polaków na Litwie było 234 tysiące (7,5 procent mieszkańców kraju), dziś jest ich 208 tysięcy (6,8 procent).

Obecnie przebiega proces podobny, jaki niegdyś miał miejsce na Kowieńszczyźnie – w 1939 roku w Kownie żyło 20 procent Polaków, dziś jest ich tylko 0,5 procent. Teraz w Wilnie mieszka 20 procent Polaków, ale ich liczba stale maleje, głównie na skutek działań władz litewskich.

Mniejszość narodowa, żeby się rozwijała i nie zanikła, musi mieć oparcie w swoich instytucjach i stowarzyszeniach, musi posiadać własne szkoły, media, ośrodki kultury itd. Tymczasem działalność tego typu placówek polskich na Litwie cały czas napotyka problemy.

Stale kurczy się polska oświata. 12 marca 2008 roku rząd litewski wydał uchwałę zwiększającą liczebność klas w szkołach wiejskich. Na skutek tej decyzji doszło do zlikwidowania czterdziestu pięciu klas polskich. Polacy na Litwie protestowali przeciwko temu, więc 26 sierpnia 2009 roku rząd wydał nową uchwałę, korygującą poprzednią. Pociągnęła ona jednak za sobą likwidację kolejnych stu siedmiu klas polskich.

Szkoły polskie są też stale niedofinansowane. W tym roku szkolnym obcięto im po raz kolejny fundusze z budżetu państwa, jak oświadczono, z powodu kryzysu gospodarczego. Tymczasem podobne cięcia nie dotknęły szkół litewskich. Dyskryminacja polskiego szkolnictwa widoczna jest też w działaniach Państwowego Programu Inwestycyjnego, w ramach którego budowane są litewskie szkoły i przedszkola, natomiast wnioski o budowę polskich placówek oświatowych są stale odrzucane. W rejonach solecznickim i wileńskim, gdzie większość stanowią Polacy i gdzie nie ma rzekomo pieniędzy na oświatę dla nich, państwo zakłada nowe szkoły, ale już litewskie.

Język polski został też skreślony jako przedmiot maturalny, choć można zdawać maturę z innych języków, np. z hiszpańskiego. Polityka oświatowa władz litewskich zmierza więc do tego, by maksymalnie ograniczyć możliwość kształcenia się w języku polskim i wychowywania w polskiej kulturze.

Kulturotwórczej roli nie są w stanie odegrać także polskie media, które są praktycznie nieobecne na Litwie. Większość Polaków żyjących w tym kraju znajduje się w litewskiej lub rosyjskojęzycznej przestrzeni informacyjnej. Mieszkaniec Wilna nie ma praktycznie żadnej możliwości oglądania programów TVP, może natomiast przebierać w ofercie kilkudziesięciu rosyjskich stacji telewizyjnych.

Dostęp do polskich mediów jest bardzo ograniczony. Polskie "Radio Znad Wilii", nadające z Wilna, ma zasięg zaledwie 60 kilometrów wokół stolicy. Gazety polskie (jak choćby "Kurier Wileński") borykają się z olbrzymimi trudnościami, gdyż nie otrzymują żadnych subwencji z litewskiego budżetu.

Widać olbrzymią różnicę między tym, jak traktowani są mieszkający na Litwie Rosjanie i Polacy przez władze w Moskwie i Warszawie. Rosja dba o to, aby wszyscy na Litwie – nie tylko Rosjanie, ale też Litwini i Polacy – znajdowali się w polu oddziaływania rosyjskich mediów. Moskiewski punkt widzenia jest stale obecny w litewskiej przestrzeni publicznej. Kontrastuje to silnie z nieobecnością polskich mediów i polskiego głosu w litewskim życiu społecznym.

Podobnie jest zresztą z prezentacją dorobku kulturalnego. Państwo rosyjskie stale dofinansowuje występy w Wilnie, Kownie czy Kłajpedzie wielkich gwiazd rosyjskiej kultury, zarówno wysokiej (jak Mścisław Rostropowicz), jak i popularnej (jak Ałła Pugaczowa), czyniąc z nich ogólnokrajowe wydarzenia. Polacy niczym podobnym nie mogą się pochwalić, kulturowo pozostając dla Litwinów mniej atrakcyjnymi od Rosjan.

Podporą dla Polaków na Wileńszczyźnie w coraz mniejszym stopniu może być też Kościół katolicki, ponieważ władze kościelne na czele z kardynałem Baćkisem nie zezwalają na przyjazd na stałe księżom z Polski, którzy nie mówią po litewsku. To znacznie ogranicza możliwość prowadzenia działalności duszpasterskiej wśród ludności polskiej na Litwie.

Na skutek nieprzyjaznej polityki władz litewskich zostały także mocno naruszone materialne podstawy bytu mniejszości polskiej. W grudniu 2007 roku dobiegł końca proces reprywatyzacji. W jej wyniku zwrócono ponad 95 procent ziemi należącej niegdyś do Litwinów. Inaczej natomiast potraktowano obywateli Litwy narodowości polskiej. W rejonie wileńskim zwrócono im tylko ponad 60 procent gruntów, zaś w samym Wilnie zaledwie ok. 12 procent. Po piętnastu latach trwania reformy władze twierdzą, że w Wilnie i wokół stolicy nie wystarczy już ziemi dla wszystkich byłych właścicieli lub ich potomków. Poszkodowani są głównie Polacy.

Dyskryminujący Polaków przebieg reprywatyzacji przyczynia się do zmiany struktury narodowościowej na Wileńszczyźnie na ich niekorzyść. Proces ten jest wzmacniany przez inne zjawisko, a mianowicie przesiedlanie osób narodowości litewskiej na te tereny Wileńszczyzny, które dotychczas w sposób zwarty zamieszkane były przez mniejszość polską. W ramach wspomnianej już ustawy reprywatyzacyjnej można bowiem ziemię jako majątek nieruchomy przekształcić w majątek ruchomy. Zgodnie z tym prawem każdy obywatel Litwy, występujący jako były właściciel gruntów lub jako spadkobierca, może wnioskować o "przeniesienie" swej byłej własności ziemskiej w dowolny zakątek kraju.

Dzięki temu małowartościową ziemię na głębokiej prowincji można "zamienić" na tereny podstołeczne, gdzie ziemia jest bardzo droga, i gdzie przed wojną jej właścicielami byli niemal wyłącznie Polacy. Choć prawo litewskie przewiduje pierwszeństwo zwrotu ziemi prawowitym, miejscowym właścicielom, to jednak Polacy na Wileńszczyźnie wciąż napotykają na problemy, które piętrzy przed nimi litewska administracja. W efekcie często uniemożliwia im się zwrot własności lub tak opóźnia, że w międzyczasie ich grunty przejmują Litwini z innych części kraju.

Działania te prowadzone są w medialnej atmosferze, która nie jest Polakom zbyt przychylna. Wizerunek Rzeczpospolitej w litewskich mediach wypada zdecydowanie negatywnie: na sto informacji dotyczących Polski tylko trzy przedstawiają nasz kraj w pozytywnym świetle. Szczególnie wiele krytyki zebrały władze w Warszawie za uchwalenie Karty Polaka.

W mediach litewskich rozpoczęła się nagonka na tych naszych rodaków, obywateli Republiki Litewskiej, którzy odważyli się ją przyjąć. W artykułach prasowych i wypowiedziach polityków padał wręcz zarzut zdrady państwa. Z tego powodu próbowano nawet odebrać mandaty poselskie dwóm parlamentarzystom z Akcji Wyborczej Polaków na Litwie.

Traktowanie Polaków jako obywateli drugiej kategorii odbywa się od lat bez znaczących protestów ze strony państwa polskiego. Nasi rodacy na Wileńszczyźnie nie mogą liczyć na zdecydowane wsparcie Warszawy, która – jak się wydaje – poświęciła ich na ołtarzu przyjaznych stosunków z Litwą.

Nasze władze nie wykorzystują, niestety, wszystkich instrumentów, jakie posiadają, by bronić Polaków na Litwie przed niesprawiedliwością ze strony miejscowej administracji. Polska jest przecież głównym inwestorem unijnym na Litwie. 80 procent wszystkich turystów na Litwie stanowią Polacy.

PKN Orlen, właściciel rafinerii ropy naftowej w Możejkach, to największy płatnik podatków do litewskiego budżetu. W zeszłym roku wzbogacił kasę państwa o 1,2 miliarda litów, co stanowiło 4,7 procent przychodów całego budżetu Litwy. Bez tych pieniędzy zapaść spowodowana światowym kryzysem gospodarczym byłaby znacznie większa. Mimo to o wielu politykach litewskich mówi się, że są to "ludzie Gazpromu", niektóre ugrupowania nazywa się wręcz "partiami Gazpromu" – ale nie ma na Litwie "polityków Orlenu".

Wiele wskazuje więc na to, że w atmosferze ogłaszanego hucznie partnerstwa strategicznego między Warszawą a Wilnem, przy proklamowanej uroczyście przyjaźni polsko-litewskiej, dojdzie do wynarodowienia naszych rodaków na Wileńszczyźnie. Ale w końcu nie powinno to dziwić. Przecież jak głoszą znani profesorowie historii: Zigmas Zinkevicius, Kazimieras Garsva i Alvydas Butkus, na Litwie nie ma Polaków, są tylko "spolonizowani Litwini" – należy więc ich "odzyskać" dla ojczyzny. Depolonizacja trwa przy milczeniu Warszawy.

Rowmund Kiełkiewicz

 

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »