Napisałem w swoim życiu i opublikowałem kilkanaście recenzji, dlatego wydaje mi się, że warsztat recenzenta nie jest mi obcy. Zresztą, sam warsztat nie jest zbyt skomplikowany: ot, wystarczy, żeby opiniujący książkę przynajmniej porządnie ją przeczytał, poszperał w poszukiwaniu informacji o książce i autorze, może także zapoznał się z tym, co sam autor sądzi o swojej książce i jakie podaje motywy jej napisania, a w końcu – by w miarę obiektywnie opisał, czym recenzowane dzieło jest, przy czym chodzi o uwzględnienie nie tylko treści, ale i struktury książki.


Wszystko to zajmuje trochę czasu – z mojego doświadczenia wynika, że nawet ładnych kilka dni. W przeciwnym razie autor recenzji może zostać uznany za nieuczciwego czy niesprawiedliwego recenzenta. A jeśli w recenzji zamiast szukać obiektywnej oceny, nadmiernie akcentuje swoje subiektywne odczucia, tak że przesłania to samą książkę, tym bardziej nie może być uznany za poważnego recenzenta. Oczywiście sam warsztat nie stanowi jeszcze o powodzeniu – ale też bez niego nie jest możliwe napisanie poprawnej recenzji.


W tej perspektywie tekst napisany przez Panią Martę Brzezińską, który w zamiarze autorki miał być chyba recenzją, na miano to na pewno nie zasługuje. Przykro mi, jako autorowi recenzowanej książki, że można w sposób tak niefrasobliwy, jak zrobiła to recenzentka, potraktować książkę, nad którą autor pracował wiele miesięcy i która wydaje się zasługiwać na potraktowanie serio.


Przeczytaj recenzję Marty Brzezińskiej>>>


Co konkretnie zarzucam Pani Marcie Brzezińskiej? Otóż zanim przejdę do spraw szczegółowych, pozwolę sobie zacząć od kilku uwag generalnych:

1. Recenzowaną książkę trzeba przeczytać „od deski do deski”, choćby recenzent miał umrzeć z nudów (gwarantuję, że w przypadku „Katolickiego pomocnika towarzyskiego” nie jest to możliwe; nawet w przypadku Brzezińskiej-w-skórze-ateisty). Tego nie zrobiła recenzentka, skrywając swoją niesolidność pod pewną formą, którą przyjęła – że niby o tych zagadnieniach, które zajmują ponad połowę mojej książki, nie rozmawia się w towarzystwie. „Kto tam by przy piwie dyskutował...” o tych kilkudziesięciu pominiętych zagadnieniach poruszonych w książce. Można tak się skrywać za formą, ale treść pozostaje wyraźna: „nie czytałam książki”.


2. Nie tylko, że książki nie przeczytała, ale na dodatek samą recenzję napisała „na kolanie” (Pani Marto, zapytam wprost: ile czasu zajęło Pani przeczytanie książki i napisanie recenzji?). Brak tu jakiegokolwiek omówienia struktury książki, Brzezińska odnosi się do tych zagadnień, które jej pasują – bo niby tylko o takich rozmawia się „przy piwie”.


Co dowiaduje się o książce czytelnik? Czy został poinformowany, że autor omawia 50 zagadnień pogrupowanych w 3 kategorie (Bóg, Kościół, Religie), a na końcu zaprezentował spis lektur (23 strony) wiążących się z tematem, do których można sięgnąć, oraz indeks tagów, czyli słów kluczy pozwalających szybko odnaleźć interesujące zagadnienie? Nie, tych informacji nie wyczyta w omówieniu książki.


3. Jeżeli jesteśmy już przy piwie – ciekawe, że można się tak zasugerować subiektywną opinią p. Sękowskiego z „Gościa Niedzielnego” i potraktować ją jako klucz hermeneutyczny do lektury książki. Na tej podstawie oparty tekst Brzezińskiej staje się nie tyle recenzją, co – jeśli można tak powiedzieć – recenzją z recenzji, a więc mamy do czynienia z subiektywnością do kwadratu.


4. Rozmowy towarzyskie toczą się oczywiście nie tylko przy piwie. A „Piwo Sękowskiego” to tylko pewna publicystyczna metafora, Pani Marto. Ale nawet jeśli wszystkie rozmowy Brzezińskiej, a może i świata całego, toczą się nad kuflem, skąd arbitralne stwierdzenie, że tylko w pewnych tematach? Ludzie są różni, pytania też, bardziej nawet zróżnicowane niż marki piwa (ja na przykład nie piłem nigdy tego rodzaju, o którym Pani pisze, ale nie generalizuję, że nikt po takowe nie sięga).


5. Pani Brzezińska wymaga, żeby z ateistą rozmawiać jedynie o sprawach natury moralnej, i koniecznie językiem neutralnym światopoglądowo, bo ponoć taki przekonuje (czy kiedykolwiek kogokolwiek udało się Pani przekonać w ten sposób? A nawet jeśli, to w ilu sprawach i czy to sprawiło, że jesteście już „po tej samej stronie”?). Cóż, to założenie, że tak właśnie należy czynić, wymagałoby lepszej argumentacji niż powoływanie się na księdza od teologii moralnej, który nie wiadomo, czy pija piwo (żart), i który być może, jak Brzezińska, zapomniał (złośliwość), że spodobało się Bogu zbawiać przez głupstwo głoszenia słowa (1Kor 1,21). Można oczywiście o takiej generalnej strategii (używać argumentacji religijnej czy nie używać w rozmowie z niewierzącymi?) dyskutować, sam się ciągle nad tym zastanawiam, ale na pewno odpowiedź nie jest tak oczywista jak sugeruje to pewna swego Brzezińska.


6. W tym miejscu wypada może przedstawić logikę przyjętą przez autora: otóż nie boi się on argumentów również „kościółkowych” czy „objawieniowych”, ponieważ odwołanie się do tego typu przekonań otwiera drogę do kolejnych pytań, np. „Dlaczego cytuje Pan Pismo, skąd wiadomo, że ono jest prawdziwe?”; albo: „Czemu powołuje się Pan na stanowisko Kościoła, który jest chyba tylko wymysłem człowieka?”. To z kolei odsyła do zagadnień najciekawszych (wbrew temu, co sugeruje Brzezińska), znajdujących się na pominiętych („rzuciła okiem”!) dwustu pierwszych stronicach. Tylko takie podejście jest w stanie spowodować, że rozmowa zejdzie na tematy pozwalające Bożej łasce działać (wiara rodzi się nie z przekonywania, ale ze słyszenia – por. Rz 10,17).


Jeśli konsekwentnie potraktować założenie Brzezińskiej, podział na wierzących i niewierzących jest już stały (po co wtedy rozmowa?) i ewentualnie można się przekonywać do pojedynczych spraw (wtedy wszystkie tematy dot. Boga i Objawienia odpadają, bo rozum nie sprawia wiary, ale może jej towarzyszyć, o czym pisałem w pominiętym przez Brzezińską tekście) lub uznać, że naszym wspólnym mianownikiem jest to, co da się dowieść rozumem; oczywiście tak można założyć w sprawach powiedzmy funkcjonowania państwa, czy ewentualnie w sprawie aborcji (choć nie wiem, czy akurat to wystarczy), ale jak rozumiem, rolą wierzących nie jest poprzestać na tym?


W jakimś sensie – choć pewnie nieświadomie, ale jednak – Brzezińska staje na stanowisku, że nie jest potrzebne objawienie (albo że tylko wierzącym)! No cóż, zdaje się, że Bóg myśli inaczej. A apologetyka, którą uprawiam w książce, służy uzasadnianiu prawd wiary chrześcijańskiej, których z samego rozumowania nigdy – ze względu na ich naturę – nie da się dowieść, można je jedynie ukazać jako racjonalne, przy czym rozum będzie tu odkrywał to, w czym serce człowieka już uczestniczy.


7. Brzezińska założyła, że rozmowa toczyć się musi z ateistą dogmatycznym. Autor kierował swoją książkę raczej do wierzących, którym przyjdzie się pojedynkować nie z zacietrzewionymi antyklerykałami, którzy z góry już zakładają, jak Mućki, że wszystko wiedzą, ale z tymi, którzy prezentują ateizm beztroski, oparty na stereotypach dotyczących Boga i Kościoła, ale gdy ich zagaić, są otwarci na rozmowę, może nawet ciekawi spojrzenia drugiej strony.


Książka tak naprawdę nie ma stanowić gotowca (czy recenzentka naprawdę myśli, że jest w ogóle możliwe sporządzenie takowego?), ale podpowiadać pewien kierunek myślenia czy odsłaniać pięty Achillesowe niewierzących, a przede wszystkim dawać samym wierzącym zrozumienie tego, w co wierzą (gdyby Brzezińska-teolog przeczytała teksty z kategorii „Bóg”, na pewno sama wiele by skorzystała). Nawet do głowy by mi nie przyszło, że można w krótkich tekstach (i że w ogóle można) stawić sobie taki tyleż maksymalistyczny co nierealny cel: w kilku zdaniach przekonać ateistę do praw wiary chrześcijańskiej. „Katolicki pomocnik towarzyski” to pewien pomysł na odparowanie ataków, propozycja pchnięcia w argumentacyjnej szermierce, przy czym raczej po to, by ukazać niewierzącemu, że wierzący nie jest w „ciemię bity” niż w celu rozłożenia go na łopatki.


Co z tą książką? Autor o Katolickim pomocniku towarzyskim>>>


8. Brzezińska zdaje się lepiej wiedzieć od autora, o czym się rozmawia z niewierzącymi. Na jakiej podstawie? Ekstrapoluje swoje rozmowy na wszystkie w ogóle rozmowy między wierzącymi i niewierzącymi? No cóż, ja z kolei mam swoje doświadczenia, na przykład wynikające z prowadzenia różnego rodzaju kursów czy rekolekcji ewangelizacyjno-formacyjnych, i na podstawie tak zdobytego doświadczenia sformułowałem najczęściej według mnie pojawiające się pytania. W jakimś sensie są to również pytania/wątpliwości samych wierzących, bowiem, jak zauważył to Michael Novak, „granica wiary i niewiary nie przebiega zwykle między poszczególnymi osobami, lecz raczej dzieli wnętrza naszych dusz”.


Zamiarem autora było też dać w jednej książce możliwie szeroki zakres zagadnień, ale tego nie doceniła recenzentka, której rozmowy z niechrześcijanami dotyczą jedynie spraw moralnych (swoją drogę, niepiękny to przykład redukcji wiary chrześcijańskiej). Niesprawiedliwe jest takie potraktowanie autora, który daje swego rodzaju kompendium, a recenzent kwituje to machnięciem ręki (mam nadzieję, że nie tej z piwem?)...


9. Ciekawy jest też sposób – niech czytelnik oceni, na ile uczciwy – oceniania mojej argumentacji książkowej; na kilku stronicach przeprowadzam jakiś wywód, który albo stanowi pewien logiczny ciąg myśli, albo zbiera różne argumenty, a Brzezińska wybiera sobie jedno zdanie, które jej nie przekonuje, i feruje sędziowski wynik – 1:0, 2:0; 3:0; tyle że sędziowanie jej się szybko nudzi, skoro wynik nie jest najwyższy, a w książce zagadnień 50!


Potem co prawda autor zaczyna odrabiać straty i w tej przyjętej – mnie się nie podoba, ale niech będzie – sportowej konwencji wynik meczu niby to się zmienia („punkt dla niego”, czyli Zatwardnickiego), tyle że na „tablicy” wyników ta zmiana nie zostaje już uwzględniona. Internauci-wzrokowcy wyszli z meczu z poczuciem przegranej swojego (zakładam, że czytelnikami portalu są osoby deklarujące się jako wierzący) zawodnika.


10. Ze spraw bardziej szczegółowych, które akurat niekoniecznie trzeba w recenzji podejmować – nie podoba się Brzezińskiej moje sformułowanie-odpowiedź na zarzut, że „Kościół zagląda pod kołdrę”. Pyta więc Brzezińska-ateistka, czy kiedykolwiek jakikolwiek producent środków antykoncepcyjnych wszedł mi pod kołdrę. Zapytam więc Brzezińską-ateistkę: a czy widziała Pani Kościół wchodzący pod kołdrę? Nie? To skąd ten zarzut, na który jako Zatwardnicki-teista odpowiadałem?


11. Nie podoba się też Brzezińskiej moje zdumienie, jak to można szprycować się dziwnymi środkami antykoncepcyjnymi, które stoją w sprzeczności z romantyzmem spotkania seksualnego. No cóż, a ja się jednak dziwię – i właśnie tym zdziwieniem daję do myślenia ateiście. Nienajważniejszy to argument, nie musi przekonywać – ale jeśli nienajważniejszy, czemu akurat o nim pisać w recenzji, a nie o tych trafionych? To przecież sprawia wrażenie, jakby Pani odbiór jednego z wielu argumentów przekreślał całą resztę.


12. Pyta mnie jeszcze Brzezińska: „Panie Sławomirze, skoro jest tych argumentów zdrowotnych czy psychologicznych tak dużo, to dlaczego pan o nich nie wspomni ani słowem? Przecież taka argumentacja jest dla osoby niewierzącej szalenie bardziej wiarygodna niż rozwlekłe cytaty z encyklik!”. Pyta, więc odpowiadam: Pani Marto, ano właśnie po to, że nie są one najważniejsze, i że nigdy do Boga nie zbliżają, i nawet jeśli jakimś „rozumowym cudem” udałoby się kogoś przekonać właśnie taką argumentacją, to i tak ten ktoś pozostałby bez czegoś znacznie głębszego, na co zwraca uwagę Kościół. Być może rozmówca wierzącego nigdy nie słyszał tych słów encykliki, które Pani określa jako „ble, ble”? Skąd Pani wie, że właśnie one nie sprawią na nim wrażenia sprawy dogłębnie przemyślanej?


Autor „Katolickiego pomocnika towarzyskiego” próbuje uzasadniać/uniesprzeczniać przekonania głoszone przez Kościół, a nie jedynie bronić tego, co da się wywieść ze zdrowego rozsądku. Ale może Pani napisze książkę pt. „Zdroworozsądkowy pomocnik towarzyski”? Z chęcią napiszę rzetelną recenzję!

***

Więcej grzechów Zatwardnickiego Pani Brzezińska nie wypomina. Kończy mimo wszystko w miarę pozytywną oceną, co zresztą zgrzyta z poprzednią częścią tekstu, po lekturze której odnosi się wrażenie, że autor nie podołał tematowi. Ale może to Pani Brzezińska nie uporała się z recenzją? W każdym razie autor uznaje omówienie Brzezińskiej za nierzetelne, nieuczciwe i niesprawiedliwe.


I na koniec, na wszelki wypadek, gdyby ktoś z czytelników czy komentatorów odczuwał pokusę zarzucenia mi tego, że nie jestem w stanie przyjąć krytyki pod adresem książki, odpowiem: nie odrzucam krytyki rzeczowej (sam, jak może mało kto, znam słabe strony książki), nie zgadzam się po prostu na takie potraktowanie, jakie w swojej recenzji zastosowała Pani Marta Brzezińska.


Zobacz inne recenzje książki na stronie wydawnictwa>>>


Sławomir Zatwardnicki