Marzec 1983 - sam środek ostatniego starcia, które reaganowska Ameryka prowadzi z sowieckim imperium.
Sowieci ugrzęźli w Afganistanie, w Polsce trwa stan wojenny, Izrael próbuje bezskutecznie zlikwidować Organizację Wyzwolenia Palestyny, wojska RPA toczą krwawą wojnę z kubańską interwencją w Angoli, a w Europie trwają protesty lewaków przeciwko rozmieszczaniu amerykańskich rakiet.
To jeden z krytycznych momentów zimnej wojny - za kilka miesięcy o mało co nie dojdzie do kolejnej eskalacji po tym jak Związek Sowiecki zestrzeli koreańskiego Boeinga zabijając ponad 250 osób.
Tymczasem lewicujący kampus amerykańskiego University of Columbia żyje własnym życiem.
To wówczas w jego gazetce pojawia się antywojenny artykuł opisujący walkę dwóch radykalnych organizacji. Jego autor nie ukrywa podziwu dla zwolenników rozbrojenia atomowego, którzy "starają się zawrócić Amerykę ze ślepego zaułka, do którego zmierza".
Autor tekstu ma 21 lat. Nazywa się Barack Obama. Ćwierć wieku później zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Oto co pisze w magazynie "Sundial", uniwersyteckiej gazetce, którą znaleźli internauci i dziennikarze "New York Timesa".
- Wiemy, że do wojen dochodziło, dochodzi i będzie dochodzić - zaznacza na samym wstępie, po czym chwali działalność studenckich organizacji, które "działają pomimo tych mentalnych ograniczeń".
- Dwie grupy na naszym kampusie - Arms Race Alternative (ARA) i Students Against Militarism (SAM) (...) podejmują praktyczne działania konieczne by przeciwstawić się narastającej groźbie wojny - pisze przyszły gospodarz Białego Domu.
Szczegółowo opisuje swoich bohaterów - ich udział w antyreaganowskich wiecach, ich inicjatywy rozbrojeniowe, wśród wymienionych przezeń i przez jego rozmówców grup jest nawet jedna nosząca znamienną nazwę Students Against Nuclear Energy (Studenci Przeciwko Energii Jądrowej).
Najmocniej brzmi fragment, w którym pisze o jednej z organizacji - Ruchu na rzecz Zamrożenia Zbrojeń Jądrowych. Krytykuje jego zbyt łagodną postawę. - Ogólnie rzecz biorąc wąska specjalizacja Ruchu (...), a także akademickie dyskusje, czy lepsze jest uderzenie nuklearne wyprzedzające czy odpowiadające, wszystko to wspiera interesy przemysłu wojskowego, który rozbudowuje swoje warte miliardy dolarów zabawki - komentuje.
Tezy bohaterów przyszłego prezydenta wyglądają - to wciąż czasy konfrontacji z ZSRR - jak wypowiedzi samobójców. - Nie pozbędziemy się wojska w najbliższej przyszłości, więc przynajmniej zajmijmy się aspektem (rozbrojenia nuklearnego) - przekonuje jeden z rozmówców Obamy - szef Ruchu Mark Bigelow.
Przyszły prezydent bezkrytycznie i nie ukrywając sympatii dla swoich bohaterów relacjonuje jego cele. - W tym roku za najważniejsze Mark Bigelow uważa wprowadzenie do użycia rakiet Pershing II i Cruise - pisze.
Dalsza część tekstu jest reklamą antywojennego marszu w Waszyngtonie, na którym domagano się od administracji Ronalda Reagana podpisania z ZSRR umowy zobowiązującej oba kraje do wstrzymania produkcji broni jądrowej, a także przedstawianiem kolejnych radykalnych organizacji takich jak Studenci Przeciwko Militaryzmowi (Students Against Militarism, SAM).
Tu Obama daje upust emocjom. - Być może teza o fundamentalnej dobroci ludzkiej jest dyskusyjna, ale obserwując spotkanie SAM w ostatni wtorkowy wieczór, z jej wysoką frekwencją i entuzjazmem, człowiek przekonuje się, że manifestowanie naszych lepszych instynktów może przynajmniej zrównoważyć te złe - pisze.
Przekonuje po tym, że takie organizacje jak ARA czy SAM przyczyniają się do budowy "sprawiedliwego świata". - Mogą pomóc pozbawić nas doświadczenia wojny - konkluduje człowiek, który 25 lat później stanie się dysponentem guzika atomowego i jednym z gwarantów światowej stabilności.
Autor ma 21 lat i właśnie kończy studia na Columbii. Jest nieświadom, że za kilkanaście miesięcy to Związek Sowiecki będzie zabiegał o pokój z "brnącą w ślepy zaułek" reaganowską Ameryką, a za kilka lat Sowieci i ich obóz rozlecą się w drobny mak. Jest też nieświadom, że po kilkunastu latach dawne sowieckie archiwa pokażą w jaki sposób ZSRR zajmował się finansowaniem ludzi głoszących podobne tezy jak bohaterowie Obamy.
Niewiadomo czy Obama ma świadomość czym są antynuklearne postulaty w czasach gdy Związek Sowiecki ma przewagę w broniach konwencjonalnych i tylko atomowy straszak powstrzymuje jego agresywne zapędy.
I jeszcze jedno. Zmarły w 2004 roku Ronald Reagan, którego młody Obama oskarża o doprowadzenie Ameryki do punktu bez wyjścia, dziś uznawany jest za jednego z największych prezydentów w historii USA.
Sam Obama nigdy nie odniósł się do feralnego artykułu. Przyznał jednak w swojej książce "Audacity of Hope", że "wydoroślał w czasach prezydentury Reagana". "New York Times" podkreśla, że po artykule z 1983 roku Barack Obama przez dwadzieścia następnych lat nie wypowiadał się na temat broni atomowej.
Niewiadomo dlaczego artykuł prezydenta wypłynął dopiero teraz. Według dziennikarzy "NYT" część współpracowników Obamy już w czasie kampanii wyborczej 2008 jedynie słyszała o jego istnieniu, jednak dopiero niedawno ktoś opublikował skan ze studenckiej gazety w internecie.
Liberalny dziennik próbuje lekko bronić szefa państwa, któremu przed wyborami udzielił poparcia. "NYT" przypomina, że na początku ery Reagana w bardzo wielu środowiskach dominowały nastroje antywojenne, podobne do tych jakim upust daje młody Obama. "W czerwcu 1982 roku w Central Parku zebrało się milion protestujących (...) (Także) amerykańscy biskupi katoliccy wydali list pasterski potępiający wojnę jądrową" - komentuje dziennik.
PB/NYT

