Przed oczyma wolno przesuwały mu się obrazy z życia. Dobrego życia. Zwiedził prawie cały znany świat. Widział czarne, nocne niebo w krajach Lewantu i białe daleko na północy; konał z gorąca pod słońcem Afryki i z zimna w śniegach Norwegii. Był wszędzie, widział wszystko, w głowie zgromadził wiedzę, od której palpitacji serca dostaliby profesorowie najsłynniejszych akademii a Sanctum Officium świętego szału. Poznał tajemnice świata materialnego i tego skrytego za zasłoną, niedostępnego dla zwykłych śmiertelników. A mimo to żal mu było umierać...

 

Czy tak wyglądała śmierć Aleksandra Setona zwanego Kosmopolitą? Być może. A może zupełnie inaczej. Dziś już dociec nie sposób. Umierał w krakowskim domu swojego przyjaciela, Michała Sędziwoja z Sanoka, mistrza nauk hermetycznych. Przyjaciela, który nie zawahał się zaryzykować własnego majątku, a nawet życia, by go ratować. I prawie mu się udało. Przybył niestety za późno, głód i tortury jakim poddany został Setoniusz zdążyły zrobić swoje i z silnego, śmiałego mężczyzny pozostał wrak człowieka. A wszystko zaczęło się całkiem niewinnie. No, prawie całkiem  niewinnie...

 

Na przełomie XVI i XVII wieku elektorem saskim był Krystian II Wettyn, człowiek gwałtowny srogiego charakteru. Jego ojciec, Krystian I był zafascynowany alchemią, na swoim dworze w Dreźnie zgromadził pokaźną armię różnych szarlatanów, hochsztaplerów i wszelkiej maści indywiduów, którzy mieli dla niego uwarzyć złoto z ołowiu, żelaza i innych, mniej wartościowych, metali. Żadnemu – czego domyślić się nietrudno – sztuka ta nie udała się, wręcz przeciwnie, sami ogromne ilości kruszcu marnowali na swoje badania obiecując przy tym cuda niewidy. Krystian II pomyślunek miał logiczniejszy od ojca i stwierdziwszy, że gdyby któryś z nich faktycznie znał tajemnicę transmutacji metali, sam o swoje bogactwo zadbać by potrafił, przepędził całą zgraję na siedem wiatrów i więcej o sztuce hermetycznej słyszeć nie chciał. Przegonieni i tak o szczęściu mówić mogli i dziękować Bogu, że nie trafili do Gross Sachsenheim na dwór księcia Fryderyka Witemberskiego, który co prawda nie skąpił złota na badania zapewniając „uczonym” wszelkie wygody i najlepsze warunki do pracy, jednak każde niepowodzenie czy próbę naciągnięcia go karał surowo i bez litości. Boleśnie przekonał się o tym Grzegorz Honauer, który obiecał księciu przemianę pięćdziesięciu cetnarów żelaza w złoto, za co zainkasował dwieście tysięcy talarów. Niestety, próby spełzły na niczym a cierpliwość Fryderyka szybko się wyczerpała. Ze zgromadzonego żelaza kazał odlać szubienicę, ustawić ją na dziedzińcu i obwiesić na niej pechowego alchemika.

 

Wróćmy jednak do elektora saskiego Krystiana II. Jak już zostało powiedziane, nie wierzył on w transmutację, a o alchemii i alchemikach słyszeć nawet nie chciał. Do czasu, aż na własne oczy zobaczył przemianę pośledniego metalu w złoto. Człowiekiem, który zaprezentował mu ten fenomen był wspomniany na początku Aleksander Seton. Jak to zrobił? Cóż, najprawdopodobniej przygotował amalgamat – czyli zmieszał opiłki złota z rtęcią – po czym wyprażył go w tyglu. Rtęć odparowała a na dnie naczynia pozostał kruszec. A może alchemik był w posiadaniu kamienia filozoficznego i dokonał faktycznej przemiany? Cóż, nieistotne.  Na człowieku, który o chemii i zachodzących w przyrodzie procesach nie ma zielonego pojęcia, pokaz taki musiał zrobić wrażenie piorunujące. I zrobił. Książę elektor zapałał niepohamowaną gorączką złota i zapragnął poznać sekret przemiany.Pomny jednak na doświadczenia ojca i innych, którzy zbyt wielkim zaufaniem obdarzyli oszustów, zamiast zapewnić Setonowi fundusze i warunki do prowadzenia badań, wolał go uwięzić, by głodem i torturami wydrzeć sekret kamienia filozoficznego.

 

Wieść o uwięzieniu Kosmopolity dotarła za pośrednictwem żony nieszczęśnika, Weroniki do Krakowa, do  Michała Sędziwoja. Wielki uczony nie zastanawiał się ani chwili. Zaopatrzył się w pokaźną sumę pieniędzy i wyruszył do Drezna na ratunek przyjacielowi. Na miejscu został przyjęty przez samego elektora, który – można to śmiało powiedzieć – był zaszczycony wizytą tak znamienitego męża stanu. Trzeba bowiem wiedzieć, że Sędziwoj był nie tylko mistrzem nauk hermetycznych, ale przede wszystkim znakomitym dyplomatą, który wielkie usługi oddał m.in. samemu cesarzowi Rudolfowi II Habsburgowi i królowi Zygmuntowi III Wazie. Taki gość to wielka nobilitacja dla skromnego księcia elektora, trudno się zatem dziwić, że chciał przyjąć go najlepiej jak potrafił. Alchemik też nie pozostawał dłużny, uczty na elektorskim dworze trwały na okrągło. Wreszcie mistrzowi Michałowi udało się zmylić czujność strażników i dotrzeć do przetrzymywanego w lochu Setona Kosmopolity. Jak tego dokonał trudno dziś powiedzieć, może spił straże, może przekupił? Grunt, że udało mu się wsadzić więźnia na konia i odjechać w kierunku granicy. Kiedy na zamku zauważono ucieczkę zbiegowie byli daleko a na zorganizowanie pościgu za późno.

 

Uciekinierzy dotarli do Krakowa, gdzie mistrz Sędziwoj i małżonka byłego więźnia otoczyli nieszczęśnika troskliwą opieką. Niestety, głód, tortury i długi pobyt w wilgotnym lochu zrobiły swoje. Aleksander Seton zwany Kosmopolitą zmarł, cały swój majątek i sekrety zapisując wprzódy swojemu wybawcy. Żonę polecił jego opiece, polski alchemik ożenił się z nią zaraz po tym, kiedy wdowa zakończyła żałobę. Legenda głosi, że w spadku Michał Sędziwoj otrzymał też kulę z kości słoniowej wypełnioną kamieniem filozoficznym i tajemnicę jego wytwarzania. Czy to prawda? Cóż, są na niebie i ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom. Być może uda Wam się kiedyś, drodzy czytelnicy, spotkać na swojej drodze mężczyznę o szlachetnym obliczu i długiej brodzie, który sam na to pytanie odpowie? Lapis philosophorum rozpuszczony w alkaheście – rozpuszczalniku doskonałym – był wszak też eliksirem życia. Czy ktoś nim dysponujący mógłby oprzeć się pokusie nieśmiertelności?

 

Alekxander Degrejt