Jak liberałowie wybrali Adolfa Hitlera - zdjęcie
12.11.17, 15:00

Jak liberałowie wybrali Adolfa Hitlera

W 1933 r. na partię Hitlera NSDAP masowo głosował tradycyjny elektorat partii liberalnych, które utraciły praktycznie wszystkich wyborców na rzecz nazistów. Natomiast elektorat konserwatywny i chadecki pozostał wierny swoim partiom.

Nikodem Bończa-Tomaszewski

Demokratyczne źródła faszyzmu

Wśród pojęć, które w języku współczesnej polityki zastąpiły układ dobro-zło, najjaśniejszy blask bije od antynomii demokracja-faszyzm. Można powiedzieć, że stała się ona synonimem tradycyjnego rozróżnienia tego, co dobre, od tego, co złe, tego, co prawdziwe, od tego, co fałszywe. Historia określania „faszyzm" jako równoważności wszelkiego zła zaczęła się w roku 1933. W czasie procesu o podpalenie Reichstagu rozgorzała wielka propagandowa bitwa faszystów z komunistami. Faszystami dowodził Goebbels, natomiast komunistyczne zastępy prowadził do boju działacz Kominternu, niejaki Willi Munzenberg. Komuniści odnieśli wspaniały sukces propagandowy.

Opinia publiczna nie tylko uznała proces za farsę zorganizowaną przez sięgającą po władzę NSDAP (zresztą słusznie), ale zarazem dostrzegła w oskar­ żonych komunistach bohaterskich obrońców demokracji. Komuniści założyli wówczas demokratyczne szaty i zajadle atakowali tych, którzy demaskowali tą maskaradę. Należy w tym miejscu wyrazić ubolewanie, że dzieci po dziś dzień straszy się postacią dr Goebbelsa, a jego pogromca Munzenberg odszedł w zapomnienie. Miinzenbergowi udało się „sprzedawać truciznę jako lekarstwo, a do tego zdobyć jeszcze uznanie i szacunek konsumentów". Ukazał on faszyzm jako ustrój antydemokratyczny, a walczący z nim komunizm jako wypełnienie ideałów demokracji, czyli tego czego był całkowitym zaprzeczeniem.

Od tej pory świat podzielono na to, co „faszystowskie", i to, co „demokratyczne". „Faszystami" zostali ci, którzy z różnych powodów sprzeciwiali się komunizmowi sowieckiemu, a „demokratami" ci, którzy z różnych powodów go popierali. „Faszystami" ogłoszono nie tylko generała Franco, Piusa XII, Józefa Piłsudskiego, nacjonalistów, kapitalistów, burżujów, ale również socjaldemokratów czyli „socjalfaszystów" wraz z trockistami czyli „trocko-faszystami". Zaskakujący jest fakt, że kategorie wypracowane przez propagandzistów Kominternu w latach trzydziestych, wspaniale funkcjonują do dziś i nic nie wskazuje na to, by w tej materii miało się coś zmienić. Lewica odziedziczyła je po komunizmie i używa ich jako bata na przeciwników politycznych. W USA, w III RR w Rosji wróg polityczny od razu staje „faszystą". W jednym szeregu stoją Ronald Reagan, Władimir Żyrinowski i Wojciech Cejrowski. Stare oszustwo funkcjonuje wspaniale.

To, co Furet nazwał „kulturą antyfaszystowską", znalazło sobie trwałe miejsce w społeczeństwie demokratycznym. Współczesna „kultura antyfaszystowska" różni się tym od międzywojennej, że nie hołubi już komunizmu, choć go do końca nie potępia. Zachowała jednak swoją istotną cechę: każdy, kto jest niechętny demokracji, z miejsca zostaje „faszystą". Społeczny sukces „kultura antyfaszystowska" zawdzięcza desakralizacji sfery politycznej. W języku polityki kategorie dobra i zła ulegają stopniowemu zatarciu. Zamiast sfery chronionej stały się przedmiotem politycznego kompromisu. Tradycyjny podział sacrum-profanum, dobro-zło, coraz trudniej wypełnić jest jakimiś konkretnymi tre­ ściami, które nie byłyby zagrożone relatywizacją. W takim świecie jedynym kierunkowskazem jest „antyfaszym". „Faszystowskie" to tyle co złe. To wszystko, co podważa demokratyczny i liberalny porządek. To coś, co trzeba bezwzględnie zniszczyć.

Fakt, iż rzeczywiste zagrożenie faszyzmem zniknęło, nie stanowi problemu. „Faszyzm" wykroczył poza normalne ramy tego pojęcia i objął całą „ciemną stronę mocy". Intelektualną trwałość „kultury antyfaszystowskiej" gwarantuje to, że była ona akuszerką intelektualnych narodzin społeczeństwa demokratyczno-liberalnego. Z jednej strony jego powstanie było odpowiedzią na zagrożenie totalitaryzmem, z drugiej „ojcowie założyciele" współczesnej demokracji zaskakująco łatwo przejęli propagandowe schematy „kultury antyfaszystowskiej". Popperowski podział „społeczeństwo otwarte" kontra „społeczeństwo zamknięte" jest właściwie kalką rozumowania Miinzenberga. Popper oczywiście odrzuca komunizm, ale w duchu „antyfaszyzmu" interpretuje dzieje jako zmaganie się postępu z reakcją, a wszystkich wrogów liberalizmu pakuje do jednego worka zwolenników „społeczeństwa zamkniętego". Schemat ten został powszechnie przyjęty przez ideologów demokracji. „Społeczeństwo otwarte" odziedziczyło ideały „antyfaszystowskie", które zepchnęły w cień „antykomunizm".

Faszyzm kontra demokracja

Relacje między faszyzmem i demokracją można określić na dwa sposoby. W myśl pierwszego, nie ma żadnej ciągłości między faszyzmem a demokracją — są to dwa sprzeczne systemy. Dzieli je przepaść nie do przebycia, wyznaczona przez opozycje: społeczeństwo otwarte — społeczeństwo zamknię­ te, wolność-zniewolenie, rozum-irracjonalizm. Faszyzm jest „dzikim, irracjonalnym, niezrozumiałym" wybrykiem historii na drodze ku powszechnej wolności. Stanowisko takie możemy znaleźć m.in. w pracach Karla Poppera, Isaiaha Berlina i Hannah Arendt.

Drugie ujęcie zakłada, że faszyzm jest wypaczeniem ideałów demokracji i liberalizmu, „bękartem demokracji". Masy nie wytrzymały gwałtownych zmian modernizacji XIX wieku oraz nie dorosły do nagłego wyzwolenia danego przez polityczne triumfy liberalizmu. „Dar wolności" zaoferowany nowoczesnemu społeczeństwu przez historię został sprzeniewierzony. Masy uległy złudzeniu, zostały omamione, uwiedzione przez szaleńców i szarlatanów. Takie stanowisko przyjął np. Erich Fromm.

„EKSTREMISTYCZNY KIERUNEK CENTROWY"

Oba powyższe stanowiska wyrastają z ducha „kultury antyfaszystowskiej". Głosów, które wskazywałyby na głębsze związki demokracji i faszyzmu, jest bardzo niewiele. Mało kto odrzuca tradycyjną antynomię faszyzm-demokracja. Demokratyczne źródła faszyzmu pozostają niezbadane. Nic w tym dziwnego, przecież świat demokracji to szczęśliwa i dobra kraina, odległa od faszyzmu tak jak niebo od piekła. Niewielu ośmiela się zerwać ze stereotypami „kultury antyfaszystowskiej" i wskazać powiązania faszyzmu z demokracją. Nic zatem dziwnego, że teza o utopii faszystowskiej, która w istocie stara się wypełnić demokratyczne ideały, wydaje się absolutnie szokująca. Jako pierwszy poważnie badał ją socjolog Seymour Martin Lipset. Zainteresowało go społeczne podłoże największej hańby demokracji, czyli zwycięstwa NSDAP w wyborach w roku 1933. Hańby tym większej, że niemiecka demokracja wcale nie został zgwałcona, lecz dobrowolnie i bez przymusu dopuściła faszyzm do swojego łóżka. Lipset badał elektorat NSDAP i jednoznacznie wskazał na to, że na partię Hitlera masowo głosował tradycyjny elektorat partii liberalnych, które utraciły praktycznie wszystkich wyborców na rzecz nazistów. Natomiast elektorat konserwatywny i chadecki pozostał wierny swoim partiom. Wynik tych analiz jest szokujący dla wszystkich tych, którzy kojarzą faszyzm z prawicą i konserwatyzmem oraz dla wszystkich tropicieli klero-faszyzmu.

Okazuje się, że na fuhrera głosowało niemieckie drobnomieszczaństwo, a mówiąc językiem współczesnym klasy średnie. Nikt nikogo nie omamił. Była to grupa o dużym wyrobieniu politycznym, zakorzeniona w liberalnej i demokratycznej tradycji politycznej. Tradycyjna teza przypisująca sukcesy NSDAP mobilizacji biernych i niewyrobionych mas oraz „ludzi zbędnych", pozostających na marginesie społeczeństwa, jest mocna naciągana. Dlatego Lipset interpretuje faszyzm jako „ekstremistyczny kierunek centrowy". Klasy średnie pozostające „w uścisku między kapitałem a robotnikami" znalazły dla siebie trzecią drogę. Dlaczego „tradycyjny elektorat liberałów", przywiązany do demokratycznych procedur, poparł Hitlera? Można ten krok interpretować jako „zdradę", porzucenie dotychczasowych wartości. Można też spróbować spojrzeć na ten fenomen z innej strony. Być może drobnomieszczaństwo skierowało się ku faszyzmowi jako ku tej sile, która ideały demokracji miała w pełni zrealizować. Tak zdaje się mówić „czarna owca" współczesnej myśli politycznej, niemiecki historyk Ernst Nolte. Wychodzi on z założenia, że faszyzm podobnie jak komunizm niósł w sobie istotny potencjał pozytywny. Tym możemy tłumaczyć jego szeroką recepcję w całej Europie. Na płaszczyźnie politycznej „pozytywny" potencjał faszyzmu zawiera się w tym, że został on sformułowany jako „antymarksizm". U genezy faszyzmu stoi według Noltego komunizm, a program faszystowski jest bezpośrednią reakcją społeczną na zagro­ żenie komunistyczne. Nolte odwraca zatem tradycyjny schemat „komunizmu jako antyfaszyzmu". Trudno jest zaakceptować taką antynomiczną wizję totalitaryzmu. Komunizm nie jest antyfaszyzmem, a faszyzm nie jest antykomunizmem. Moż­ na się jednak zgodzić, że przez znaczną część społeczeństwa europejskiego po I wojnie światowej faszyzm był istotnie postrzegany jako antymarksizm. Tym samym faszyści wystąpili jako obrońcy wszystkich tych wartości, którym zagrażała dyktatura proletariatu, a więc także wartości demokratycznych. Umożliwiło to partiom faszystowskim wpasowanie się w demokratyczny porządek.

[koniec_strony]

Demokracja faszystowska

Funkcjonowanie faszystów w porządku demokratycznym nie nosiło wcale znamion gwałtu. Oczywiście faszyści nie cierpieli instytucji parlamentarnych i z utę­ sknieniem oczekiwali dnia ich likwidacji, ich niechęć wynikała jednak z miłości do demokracji. Bojownicy rewolucji niemieckiej byli prawdziwymi i gorącymi bojownikami o demokratyczne ideały. W ich postawie nie było komunistycznego fałszu, który odrzucał demokrację w imię wy­ ższych ideałów. Dla europejskich wodzów ideały faszyzmu i ideały demokratyczne stapiały się w jedną niesprzeczną całość. Czy tak jest rzeczywiście? Czy jeśli porównamy ideały faszystowskie z demokratycznymi, wyłoni się nam ponury obraz demokracji faszystowskiej?

Lud

Skoro demokracja jest władzą ludu, to koncepcja ludu jest filarem demokracji. Aby lud mógł rządzić, musi uzyskać podmiotowość. Inaczej byłby masą. Lud upodmiotowiony staje się społeczeństwem, wtedy określa go cały system instytucji, zwyczajów i praw. Słabe społeczeństwo oznacza słabą demokrację. Słabość społeczeństwa wynika z wątłości jej fundamentu, czyli umowy społecznej. Arbitralnie wyznaczoną przez ludzi umową łatwo jest zachwiać, łatwo ją podważyć. Dlatego ideałem faszyzmu stało się osiągnięcie stanu trwałego i niezmiennego fundamentu społecznego. Można tego dokonać tylko poprzez wpisanie ludu w plan metafizyczny. Faszyzm uczynił to czerpiąc z niemieckiego volkizmu. Volk jest dla Niemców czymś więcej niż lud, czymś więcej niż naród. Volk jest ludem prawdziwym wyrastającym ponad inne wspólnoty. Georg Mosse, badacz idei volkistowiskiej, pisze: „pojęcie volku stało się czymś pośrednim między indywidualnością doprowadzoną do ekstremum, a pogonią za tożsamością kosmologiczną". Vblkizm nie porzuca zatem jednostki na rzecz zbiorowości. Jego istota wyraża się w dążeniu do osadzenia człowieka w porządku metafizycznym. Volk jest zakorzeniony w Przyrodzie. Wyrazem tego jest dziwaczna koncepcja, wedle której ducha volku określa krajobraz jego ojczyzny. I tak dusza niemiecka jest mroczna i skomplikowana, gdyż Niemcy są krainą lasów i wzgórz spowitych mgłą, natomiast jałowość duszy żydowskiej wynika z pustynnego i suchego klimatu Ziemi Obiecanej. Volk jest zakorzeniony w Historii. Uczestniczą w nim przodkowie, począwszy od starożytnych Germanów, czcicieli Wotana, przez cesarza Fryderyka Rudobrodego, a skończywszy na na zastępach kaprali, którzy poginęli w czasie wojny. Hitlerowska Walhalia jest koncepcją bardzo poważną. Uczestnictwo przodków w czynie NSDAP określa volk jako wspólnotę transhistoryczną. Volk jest zakorzeniony w historii, a to zakorzenienie jest jednocześnie przekroczeniem jej relatywnych uwarunkowań. Udział przodków wyzwala volk z władz Historii. Niemcy idą jeszcze dalej. Volk ma charakter mesjański, zastępuje Chrystusa. Volkistowski panteizm jest deifikacją ludu jako emanacji sił kosmosu, przyrody i historii. Demokracja faszystowska zyskuje boski mandat.

Równność

Faszyzm, podobnie jak demokracja, akcentuje ideę braterstwa. Wszyscy na równi są adresatem posłania władzy. Dlatego wszelkie podziały wewnątrz ludu są sztuczne i wtórne. Każdy ma także możliwość uczestnictwa we władzy. Stąd otwarcie się faszystów na młodość i ludzi bez statusu społecznego. Nie ma dla nich ni burżuja, ni kułaka, ni księdza — wszyscy są jednością w volku.

Jedność

Jedność jest wpisana w ideały demokratyczne. Jest dla demokracji stanem idealnym. Tylko wówczas większość nie narzuca swojej woli mniejszości, ani mniejszość nie tyranizuje większości. Taki jest ideał liberum veto. Jedność zawarta w samej idei Volku. Jego jedność jest określona z góry, zapisana w porządku ontologicznym, nie trzeba jej zatem nawet uzgadniać. Volk osiągnie swoje cele tylko w stanie absolutnej jedności, rozbity stoczy się w chaos.

Partycypacja

Uczestnictwo we władzy jest jednym z fundamentów demokracji. Faszyzm próbował je rozciągnąć poza sam akt wyborczy, aby „demokracja nie kończy­ ła się po wyborach". Masowe uczestnictwo w partii, aktywizacja i mobilizacja mas oraz ich emocjonalne zaangażowanie w polityce — wszystko to mia­ ło zapewnić szeroką partycypację we władzy.

Do tego dołączyła się obsesja partycypacją bezpośrednią. Faszyzm likwiduje ciała pośrednie. Związek przywódców i ludu nie może być zapośredniczony. Demokracja też opiera się na tej zasadzie, a jej teoretycy przyjęli zasadę przedstawicielstwa ze względów „technicznych". Bezpośredni plebiscyt — tak lub nie — wyznacza prawdziwą wolę ludu. Faszyzm spełniał też kilka innych warunków, które czynią demokrację funkcjonalną: był wytworem klas średnich (Arystoteles), odznaczał się prostotą obyczajów, brakiem zbytku, wyrównaniem pozycji społecznych i majątkowych (Rousseau). Również w porządku historycznym faszyzm jest bliski demokracji. Jeżeli pójdziemy za popularną tezą, że totalitaryzm narodził się w czasie I wojny światowej, to trzeba pamiętać, że nie narodził się sam. W okopach nastąpi­ ło zniesienie XIX-wiecznego świata, narodziło się poczucie braterstwa, wspólnoty, walki ze starym niedemokratycznym porządkiem. Masowa wojna zrównała ludzi. Wojenna równość wobec śmierci skończyła się w 1918 roku. Zdemobilizowani weterani, chcąc ją odnaleźć w czasie pokoju, zwrócili się ku demokratycznym obietnicom faszyzmu.

Demokracja kontra faszyzm

Demokratyczne oblicze faszyzmu przeczy popularnym stereotypom. Spójrzmy zatem na te cechy faszyzmu, które przywołuje się, by podkreślić jego odrębność od demokracji. I tak ideę wodzostwa w podręcznikowej historii prezentuje się jako skrajnie antydemokratyczną. Jest to zadziwiające, gdyż charyzmatyczne przywództwo nie jest dla demokracji niczym obcym. Od czasów Peryklesa wodzowie demokracji byli już za życia szczególnie wyróżniani, by po śmierci przyjąć nadludzkie cechy. Każda demokracja ma swoich „ojców założycieli", którym oddawana jest cześć. W Polsce nie jest to co prawda zjawisko szeroko odczuwane, gdyż jedyny kandydat do deifikacji, Lech Wałęsa, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Jednak np. Amerykanie zabudowali swoją stolicę mauzoleami i powszechnie krzewią kult publiczny wybitniejszych prezydentów. Kolejną antydemokratyczną cechą faszyzmu jest monopol jednej partii.

Rzeczywiście, nie jest to cecha pożądana w systemie demokratycznym. Należy jednak pamiętać, że monopol NSDAP miał wynikać, ba, wynikał z dążenia do ideału jedności. Budowała go suwerenna i demokratyczna zgoda ludu niemieckiego. Tym różnił się on od monopolu WKP(b). Dla leninowców hegemonia partii była wyborem pragmatycznym, czynnikiem niezbędnym do utrzymania władzy. Lenin umacniał jedną partią wbrew woli społeczeństwa, a nawet wbrew woli proletariatu, co wytykała mu Róża Luksemburg. Faszystowski rasizm ma być następnym antydemokratycznym elementem faszyzmu. Jest to zadziwiające, jeżeli wspomnimy, że kolebką europejskiego rasizmu jest Anglia, skądinąd kolebka demokracji. Kolonialny rasizm Imperium Brytyjskiego przeniknął na kontynent i w XIX wieku nie był niczym osobliwym. Tak naprawdę rasizm nie jest wrogiem demokracji, a demokracja nie wyklucza rasizmu. W jej historii znamy wiele przypadków wykluczenia pewnej grupy ludzi ze wspólnoty politycznej z powodu pochodzenia. Idea obywatelstwa zawsze była dość ekskluzywistyczna. W starożytnych Atenach emigranci zasiedziali nawet kilka pokoleń, nie byli obywatelami, zaś w RFN i wielu innych współczesnych krajach obywatelem jest się „przez krew", co nie urąga demokratycznym normom. Zajadłe antyparlamentarne tyrady faszystowskich wodzów są przywoływane jako barwna ilustracja ich nienawiści do demokracji. Jest to błąd wynikający z utożsamienia parlamentaryzmu z demokracją. Faszyzm (i nie tylko on) odrzucał parlamentaryzm jako zdegenerowaną formę rządów burżuazji. Krytyka Republiki Weimarskiej nie była krytyką demokracji, tylko parlamentaryzmu. Dla faszystów parlament był karykaturą demokracji. W ich mniemaniu rozpędzenie parlamentu odbywało się w imię ocalenia demokratycznych ideałów, które ów parlament niszczył. Podobnie jest z ograniczeniem przez ustrój faszystowski wolności jednostki. Nie jest to wcale zabieg antydemokratyczny. Demokracja oznacza podporządkowanie się zbiorowości, gdyż w ostatecznej instancji podmiotem jest lud jako całość. Decyzja jednostki jest wobec woli zbiorowości drugorzędna. W każdym systemie demokratycznym to jednostka podporządkowuje się zbiorowości, a nie na odwrót. Co więcej, niesubordynacja jest surowo karana i piętnowana. Dość przypomnieć, że sam wielki nauczyciel demokracji Adam Michnik uznawał wszystkich nie pogodzonych ze zwycięstwem Aleksandra Kwaśniewskiego za wrogów demokracji i wzywał opornych do akceptacji woli ludu w imię demokratycznych ideałów.

Egzaltacja przemocą, siłą, ruchem, czynem i różne ekscentryczne koncepcje faszystów stanowią barwne tło ilustrujące tezę o antydemokratycznym charakterze faszyzmu. Równiutkie rzędy krzepkiej młodzieży spoglądającej w słońce, astrologowie doradzający Hitlerowi, naukowcy mierzący nosy suwmiarkami na szczęście nie wpisują się w pejzaż współczesnej demokracji. Faszyzm inkorporował wiele dziwactw swojej epoki, które często narodziły się gdzie indziej. Dziś dziwactwa te mogą się nam wydawać śmieszne, głupie, a nawet zbrodnicze. Nie stanowią on jednak o istocie systemu, lecz są często wyrazem ducha czasu, np. nacisk na sprawność fizyczną i połączenie go z naturą, porządkiem i hierarchią to istota skautingu, ezoteryzm — popularną zabawą elit, darwinizm — moda i fascynacja nauką, eugenika — stosowaną w wielu krajach „humanitarna" profilaktyka zdrowotna itd.

DEMOKRACJA LIBERALNA KONTRA DEMOKRACJA FASZYSTOWSKA

Demokratyczne pretensje faszyzmu często pozostają przemilczane. Dzieje się tak dlatego, że ukazanie demokratycznej strony totalitaryzmu skalałoby „złotego cielca" demokracji. Nowoczesna deifikacja demokracji, traktowanie jej jako panaceum na wszystkie bolączki ludzkości powoduje, że problem „demokracji totalitarnej" zostaje przemilczany lub „rozwiązany" przy pomocy liberalnych argumentów. Dobry przykład takiego myślenia znajdujemy chociażby w Encydopedia of democracy. Autor hasła „faszyzm" tak komentuje demokratyczne roszczenia faszyzmu: „Jednak wedle dzisiejszego rozumienia demokracji —czyli demokracji opartej na szacunku dla różnorodności, wolności jednostki do podejmowania samodzielnych decyzji, istnieniu wolności społecznej i politycznej oraz respektowaniu praw mniejszości — faszyzm był z gruntu antydemokratyczny". Wszystko to prawda, tylko, że wymienione wyżej cechy są cechami liberalizmu, a nie demokracji. Być może utożsamienie demokracji z liberalizmem broni ją przed totalitaryzmem, ale raczej nie służy zrozumieniu demokratycznych źródeł faszyzmu. Demokracja nie jest uniwersalną krynicą prawdy, a w system demokratyczny można wpasować ideologię totalitarną. Demokracja faszystowska może istnieć tak samo jak demokracja liberalna.

Pismo Poświęcone Fronda nr 15-16