Grupa Francuzów wpadła na pomysł, jak walczyć z kryzysem finansowym. A właściwie nie tyle walczyć, co doprowadzić go do finału, po którym, na zgliszczach obecnego systemu gospodarczego, pojawi się nowy, lepszy. Tym razem jednak nie namawiają ludzi do wychodzenia na ulice. Rewolucja ma być pokojowa i ma na celu obnażenie obłudy i kłamstwa banków.

Bankowa fikcja

Wszyscy wiedzą, ale każdy wstydzi się przyznać, że pieniędzy, które wpłacamy do banków, tam później tak naprawdę nie ma. Jedynie część z nich przeznaczona jest na obowiązkową rezerwę, reszta oficjalnie „pracuje na nasze odsetki” – i na właścicieli oraz pracowników banku. Inicjatorzy „Bank Run 2010”, francuska scenarzystka Geraldine Feuillien i aktor Yann Safrati, proponują więc, by 7 grudnia 2010 roku wszyscy, którzy posiadają w bankach oszczędności, je stamtąd wyciągnęli. I zachęcają do wzięcia udziału w akcji mieszkańców całego świata.

Do czego doprowadzi ich akcja? To, co proponują, to typowy run na bank, który występuje, gdy w związku z tąpnięciami w gospodarce ludzie obawiają się o swoje oszczędności złożone w instytucjach finansowych, które miałyby być zagrożone upadkiem. Przed bankami (i bankomatami) ustawiają się kolejki osób, które chcą uratować swoje oszczędności. Dopóki liczba chętnych utrzymuje się w pewnych granicach, nie ma to większego znaczenia dla systemu finansowego. Gorzej, gdy ludzie wpadną w panikę: gdy okazuje się, że pieniędzy w banku nie ma, wieść roznosi się z prędkością błyskawicy i gna klientów kolejnych banków do bram powierników swoich pieniędzy. Sytuacja, w której banki stają się niewypłacalne, także w wyniku tego typu „runów”, jest typowa dla wszelkich kryzysów gospodarczych.

Dał nam przykład Proudhon

Tym razem jednak, mimo, iż sytuacja na rynkach finansowych - delikatnie mówiąc - nie jest najlepsza, miałoby dojść do runu wywołanego nie paniką, ale starannie zaplanowanego. – Strajki i demonstracje przestały być skuteczne, ponieważ bez względu na to, co robimy, nikt nas nie słucha. I bez względu na to, co robią oni, nikt z nami tego nie konsultuje. Tak więc postanowiliśmy zaatakować jądro systemu – system bankowy – piszą autorzy pomysłu w informacji prasowej.

Inicjatorzy „Bank Run 2010” oskarżają system bankowy o koszmarną sytuację gospodarczą. – Szczególnie obawiamy się skutków, jakie zderegulowany i niekontrolowany globalny system finansowy przyniesie dla naszych miejsc pracy, zdrowia, edukacji, emerytur, przemysłu, środowiska, godności, godności obywateli państw, które system zniewolił przez dług, którego nigdy nie będą w stanie spłacić tak, by móc polepszyć swoją sytuację - piszą. Alternatywą może być stworzenie „banku obywatelskiego”, który opierałby się na 100-procentowej rezerwie i udzielał pożyczek z 1-procentowym oprocentowaniem, które pokrywałoby jedynie koszty prowadzenia banku. W ten sposób, świadomie bądź nie, odwołują się po części do idei promowanych już ponad 150 lat temu przez Pierre-Josepha Proudhona „banków ludowych”. W promocję akcji włączył się m.in. były francuski piłkarz, Eric Cantona.

Do czego doprowadziłby megarun?

Ekonomista Marek Łangalis z Instytutu Globalizacji kibicuje inicjatywie. – Może ona mieć dobry wydźwięk propagandowy. Dzięki tej akcji więcej ludzi uświadomi sobie, że ich pieniądze w banku są jedynie zapisem. Z drugiej strony nie chciałbym, by akcja doprowadziła do pożądanego przez jej inicjatorów skutku, czyli upadku systemu finansowego. To oznaczałoby chaos i utratę oszczędności – mówi portalowi Fronda.pl.

Zdaniem ekonomisty taka sytuacja miałaby jednak i swoje dobre strony. Wróciłaby stuprocentowa rezerwa w bankach, które musiałyby ponownie stać się albo depozytowymi, które trzymają pieniądze swoich klientów, pobierają za to opłatę i nie pożyczają ich nikomu innemu, albo lombardowymi, które z własnego kapitału pożyczają klientom pieniądze, także pobierając za to opłatę. Drastycznie spadłaby też inflacja.

Inaczej na sytuację patrzy rzecznik prasowy banku Pekao SA, Arkadiusz Mierzwa. - Równie dobrze moglibyśmy rozważyć ideę namawiania ludzi do tego, by w czwartki nie używali wody, a w piątki prądu. Przecież także te media dostarczane są do ich domów i miejsc pracy przez wielkie koncerny - mówi portalowi Fronda.pl. - Proponowałbym pomysłodawcom tej akcji, by pojechali do kraju, w którym system bankowy jest słabo rozwinięty, a ludzie trzymają pieniądze pod materacem. System bankowy jest krwiobiegiem każdej gospodarki i nikogo nie powinno dziwić, że w państwach, w których jest on lepiej rozwinięty, także gospodarka ma się lepiej. To ma bezpośrednie przełożenie na jakość życia ludzi  - uważa Mierzwa.

Rzecznik Pekao SA nie zgadza się także z ideą przywrócenia 100-procentowej rezerwy w bankach. - To oznaczałoby upadek systemu kredytowego. Zamiast kupić sobie mieszkanie i później latami je spłacać, musielibyśmy przez 40-50 lat ciężko harować, by móc na starość zamieszkać „na swoim” - twierdzi Mierzwa.

Akcja bez szans. A może?

Mówimy o skutecznej kampanii „pro-runowej” – jednak czy w ogóle ta akcja ma szansę powodzenia? Przecież nie jest ona, jak typowe runy, wywołana ogólną paniką. Ponadto pieniądze klientów indywidualnych stanowią jedynie część pieniędzy zapisanych w bankach – więksi klienci biznesowi na pewno nie są zainteresowani szybkim i drastycznym upadkiem biznesu. W dodatku chomikowanie pieniędzy nie jest zbyt wygodne, ani bezpieczne. Jeśli run z 7 grudnia się nie uda, ci, którzy wycofali swoje pieniądze, nie będą zbyt długo czekać na naśladowców. Raczej znów wpłacą swoje środki do banków.

Tak naprawdę wszystko zależy od tego, ile pieniędzy zostanie wycofanych z instytucji finansowych. Zdaniem Łangalisa, by wywrócić polski system finansowy, należałoby zabrać z nich ok. 15 proc. aktywów. Czy jednak inicjatorom „Bank Run 2010” uda się przekonać ok. 1 miliona osób do tego, by tego samego dnia stanęli w kolejkach do banku po swoje pieniądze? Wątpi w to Arkadiusz Mierzwa: - Nasz bank ma ponad 80 lat tradycji. Nasi klienci ufają nam od lat i to jest najlepsza podstawa naszych długofalowych relacji i wzajemnego zaufania - mówi rzecznik prasowy Pekao SA.

Współczesny system finansowy ma wiele wad. Instytucje finansowe, wspólnie z bankami centralnymi, poprzez swoją politykę kredytową wprowadzają ludzi w błąd, utwierdzając ich w przekonaniu, że stać ich na więcej, niż rzeczywiście mogą osiągnąć. System finansowy winien jest następującym co kilka lat kryzysom, częściowo także inflacji. Niemniej rewolucyjne, choć bezkrwawe i zgodne z prawem rozwiązania mogą doprowadzić do skutków, które nawet inicjatorom „Bank Run 2010” nie śniły się w najgorszych koszmarach.

Stefan Sękowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »