To oczywiście nie wina samego słowa, lecz człowieka, który tym słowem został określony – płk. Edmunda Klicha.
Na usługach Moskwy?
Zamiast stać się dla niego przyczynkiem do uznania i chwały, skojarzone z nim wywołuje powszechny niesmak, niechęć, a czasami wręcz potępienie. No i podejrzenie, czyim akredytowanym on tak naprawdę był. Swojego kraju czy strony rosyjskiej? Pytanie niepozbawione sensu. Do dziś nie wiadomo, czyje interesy płk Edmund Klich reprezentował. Wiele jego zachowań pozwala na snucie teorii spiskowej, że to człowiek powiązany tajemnymi nićmi z Moskwą. I na jej usługach pozostający.
Ci, którzy znają metody pracy rosyjskich służb, wiedzą, że jednym z ich ulubionych chwytów jest pozostawianie tak dosadnych śladów, by u przeciwników zaszczepić przekonanie, że takie tropy mogliby pozostawić tylko idioci. A więc że podejrzenia, iż to robota Rosjan albo że jacyś ludzie są z nimi związani, to przypuszczenia nieprawdopodobne. Czy tak się rzeczy mają z naszym bohaterem? A może właśnie nie naszym?
Wiele tajemnic
Pewnie nigdy się nie dowiemy, jaką naprawdę rolę odegrał płk Edmund Klich w śledztwie smoleńskim. Nie można wykluczyć, że przesłanki, według których można próbować doszukiwać się bliskich związków płk. Klicha z Rosją, łatwo dadzą się obalić. Jednak póki odpowiednie polskie służby tego nie zrobią, dopóty będziemy gubili się w domysłach i niekoniecznie trafnych interpretacjach.
Co stawia płk. Edmunda Klicha w sytuacjach dwuznacznych? Do dziś tajemnicą pozostaje to, że zaraz po tym, jak wieść o katastrofie dotarła do Polski, do płk. Edmunda Klicha osobiście zadzwonił Aleksiej Morozow, nie byle jaka figura, bo sam wiceszef MAK-u. Załóżmy, że to znajomość czysto zawodowa, że zetknęli się wcześniej przy okazji badania innych katastrof lotniczych. Rzecz jednak w tym, że podobno w tej rozmowie Morozow „dzieli się" swoimi sugestiami, według jakiej procedury należy badać katastrofę pod Smoleńskiem. Z kolei nasz dzielny pułkownik bez większych trudności przekonuje polskie władze do zaproponowanej przez Morozowa procedury. Sam zaś jako pierwszy dociera do Smoleńska. I choć z racji pełnionego urzędu zajmuje się wypadkami cywilnych samolotów, pozostaje na miejscu, aby uczestniczyć jako akredytowany polskiego rządu w badaniu katastrofy samolotu wojskowego. Na wojskowym lotnisku.
Wraz z upływem miesięcy zamienia się w gwiazdę medialną. W trakcie swoich show – podobnie jak od pierwszych godzin robią to Rosjanie – obciąża winą za katastrofę stronę polską. Najbardziej złowieszczą i zarazem hańbiącą rolę wypełnił w sprawie gen. Andrzeja Błasika. Można wręcz powiedzieć, że przygotowywał grunt pod najbardziej szokującą dla całego świata wersję podaną w raporcie MAK-u o pijanym gen. Błasiku w kabinie pilotów.
Dymisja niczego nie załatwia
Do znanych już w dziejach III RP „taśm" doszły najbardziej zagadkowe, wymagające wyjaśnienia „taśmy Klicha". Nie dajmy się zwieść temu, że dymisja płk. Edmunda Klicha z funkcji przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych załatwia sprawę. To winien być pierwszy krok do zbadania jego przeszłości. Odległej i tej z ostatnich dwóch lat. I do pociągnięcia go do odpowiedzialności za każde wyżej opisane działania.
eMBe/GPC

