Marta Brzezińska: Płk Przybył w jednym ze swoich pierwszych wywiadów po poniedziałkowym postrzale wyznał, że chciał w ten sposób ratować gen. Parulskiego. Co to znaczy?
Jerzy Jachowicz: Myślę, że płk Przybył tworzy pewną fikcję, podając za motyw swojego czynu obronę gen. Parulskiego. To była przede wszystkim obrona jego samego i prokuratury wojskowej przed likwidacją oraz poważnymi zarzutami pod jej adresem, które stawiały pod znakiem zapytania jej przydatność. O tym mówił przecież na konferencji sam płk Przybył, zaś twierdzenia o obronie Parulskiego pojawiły się dopiero kiedy płk Przybył doszedł do siebie po postrzale i dowiedział się, że pozycja jego przełożonego jest zagrożona. Myślę, że to jest dorabianie filozofii po czynie, bo przed nim, Przybył myślał o czymś zupełnie innym.
Czyli co to było? Inscenizacja?
Wszystko wskazuje na to, że to samobójstwo było sfingowane. Pierwsze godziny po wydarzeniu były dla mnie wstrząsające z różnych powodów. Przede wszystkim z samego faktu desperacji człowieka doprowadzanego na sam skraj psychicznego niepokoju, co zawsze dla każdego jest czymś bolesnym i dramatycznym. Zwłaszcza kiedy – jak w tym przypadku – w grę wchodzą nie sprawy osobiste, ale sprawy publiczne. Tak to przynajmniej na początku wyglądało. Tymczasem, sposób dokonania tej próby samobójczej, jej skutki – i co najważniejsze – błyskawiczna reakcja i zamiana w trybuna, który kreuje program sprawiedliwości i prawidłowego funkcjonowania państwa – a tak przecież wyglądała obrona prokuratury wojskowej przez płka Przybyła - rodzi przekonanie, że to wszystko, od samego początku do momentu wyjścia ze szpitala i dalszych wydarzeń zostało wyreżyserowane, zainscenizowane jako rodzaj takiego przedstawienia, z jednej strony dla opinii publicznej, a z drugiej – dla władzy, której przychodzą do głowy myśli o zmianie statusu prokuratury wojskowej.
Co próba samobójcza płka Przybyła mówi o stanie prokuratury wojskowej? Bo coś musi mówić.
Prokuratura wojskowa w możliwie skrajny sposób jest dotknięta patologią, która w gruncie rzeczy demontuje nasze państwo. Załóżmy dwa scenariusze. Pierwszy – że to wszystko działo się na poważnie. Płk Przybył naprawdę chciał się zastrzelić, ale zrobił to nieudolnie. Wiemy jednak doskonale, że to nie jest sposób dochodzenia swoich racji, ani też obrony instytucji, w której się pracuje. Nawet jeśli wszytko działo się na poważnie, to wskazuje to jedynie na patologię instytucji oraz na fakt, że pracują w niej ludzie, w których głowach może się zalęgnąć chorobliwa myśl, że tylko samobójstwo może ochronić jakiś system wartości, że jest jedynym sposobem na osiągnięcie swoich celów. To jest choroba, bo nie żyjemy – na szczęście – w państwie totalitarnym.
A drugi scenariusz?
W drugiej wersji, w której to wszystko było jedną wielką inscenizacją, patologia jest jeszcze większa. Dochodzi tu element fałszywości, która sprawia, że patologia jest podniesiona do kwadratu. Próba samobójcza zostaje użyta jako narzędzie, ale jeszcze dodatkowo - jako narzędzie fałszywe.
Do tego dochodzą wypowiedzi płka Przybyła, który usiłuje przekonać, że naprawdę chciał się zabić, ale coś mu przeszkodziło. Przecież osoba, która targnęła się na życie chyba nie musi na siłę zapewniać, że rzeczywiście chciała to zrobić... .
Poziom konferencji prasowej, zarówno przed oddaniem strzału, jak i późniejsze wypowiedzi płka Przybyła, będącego w całkiem dobrej kondycji, jak na człowieka, który dopiero co targnął się na swoje życie, jest żenujący. Tak samo, jak żenujące było mówienie o niezwykle dramatycznej sytuacji, w jakiej miał znaleźć się płk Przybył. Z poważnych źródeł prawniczych dowiedziałem się, że zamach samochodowy, o którym była mowa na konferencji, to była po prostu... kradzież kołpaków z samochodu prokuratora. O jakim zamachu więc mowa? Podobnie, jak rewelacje o rzekomej nagrodzie miliona złotych za głowę płka Przybyła. To są po prostu jakieś fantasmagorie. Jeżeli mówimy o śmieszności, to właśnie tego rodzaju wypowiedzi mam na myśli.
A obrona gen. Parulskiego jako argument samobójstwa? To chyba też żenujące....
Zarówno „szpitalne” wypowiedzi płka Przybyła, jak i obrona Parulskiego, podnoszenie jego zasług, jako człowieka, który z niezwykłą skrupulatnością opiekował się podwładnymi, nigdy nie naciskał na to, w jakim kierunku ma iść dane śledztwo, dbał o rzetelność procesów, co więcej – kiedy trzeba było, pomagał swoją wiedzą – są żenujące. Z punktu widzenia obserwatora, te wypowiedzi kompromitują, zarówno płka Przybyła, jak i całą prokuraturę wojskową.
Prokuraturę, która i tak jest już mocno skompromitowana... .
Poziom prokuratorów wojskowych jest dramatycznie niski, pod każdym względem – przede wszystkim intelektualnym (o czym mieliśmy możliwość przekonania się, gdy kwiat prokuratury wojskowej, czyli pan Parulski i jego najbliżsi współpracownicy, prowadzący śledztwo smoleńskie – można by rzec – elita prokuratury wojskowej - kompromitowała się na kolejnych konferencjach prasowych). Głównie z merytorycznego punktu widzenia, ich wypowiedzi, logika i komunikatywność są na przerażająco niskim poziomie. Nie może być tak, żeby doświadczony prokurator mówił w niezrozumiały dla słuchaczy sposób.
Skąd ta słabość?
Niezależnie od braków ogólnego przygotowania kulturowego, językowego, etc., oni są po prostu słabi merytorycznie, ponieważ armia wchłonęła prokuraturę wojskową w całości, bez żadnej weryfikacji, z całą jej spuścizną z czasów PRL. Są to ludzie ukształtowani przez tamten system, którzy później zaczęli zajmować wysokie stanowiska kierownicze w prokuraturze (sam Parulski jest człowiekiem tamtej epoki). Potem przekazywali oni swoje nawyki, umiejętności świeżemu narybkowi, który trafiał do prokuratury. Krótko mówiąc, instytucja ta stała się hermetycznie zamkniętym światem o bardzo niskim poziomie merytorycznym. Stąd taka zaciekła walka – i to zarówno ze strony płka Przybyła czy gen. Parulskiego – o to, by nie ruszać prokuratury. Oni wiedzą, że w zderzeniu z prokuraturą powszechną wypadną marnie. Ci drudzy, w stosunku do nich, są Einsteinami.
Powodów tej obrony jest chyba jeszcze kilka...
Tak, jest jeszcze przynajmniej jedna ważna rzecz w tej sprawie. W stosunku do prokuratury cywilnej, wojskowa ma o połowę mniej obowiązków. Prokuratorzy wojskowi żyją w tym swoim zamkniętym, świetnie prosperującym świecie, i są przyzwyczajeni do tego, że... zawsze na wszystko mają czas – prowadzą sprawy powoli, uważnie, nigdzie im się nie spieszy. Zupełnie inaczej jest w prokuraturze powszechnej, która jest obłożona nieprawdopodobną ilością pracy. Inna sprawa, że je knocą, ale to też z powodu tego potwornego przepracowania. Armia ma mało spraw, dzięki czemu może egzystować spokojnie.
Ponadto, wojskowi mają pewne przywileje, które utraciliby w razie likwidacji prokuratury wojskowej... .
W porównaniu do prokuratury powszechnej, wojskowi mają luksusowe warunki pracy. Mają obozy kondycyjne, różnego rodzaju dodatki, np. mundurowe, służbowe mieszkania, etc. Gdyby zostali włączeni do prokuratury powszechnej, utraciliby wszystkie swoje przywileje. Pamiętajmy też, że ten wielki moloch, jakim było Ministerstwo Obrony Narodowej, w którego skład w jakimś stopniu wchodziła wojskowa prokuratura i sądy, wynikał z tego, że armia była częścią mechanizmu państwa. Liczyła 400, potem 300 tys. żołnierzy, to było wojsko poborowe. Ta rzeczywistość się zmieniła, teraz jest 150 tys. żołnierzy zawodowych, którzy idą do wojska, nie po to, żeby brykać na wojnach, ale po to, by mieć unormowany status życiowy, pewną stabilizację. Prokuratura wojskowa jest więc niepotrzebna także z punktu widzenia oszczędności państwa, bo skoro jest mniej żołnierzy, to i potrzeba mniej ośrodków wojskowych, a w tej chwili jest ich za dużo i są do dyspozycji wojska. Prokuratura wojskowa walczy po prostu o własne wygody, płk Przybył walczył o to, żeby mieć klawe życie.
Jak ta walka przekłada się na rozgrywki między Seremetem a Parulskim?
Jeden jest wart drugiego. Seremet, który zdecydował się, by poddać w miarę rzetelnej kontroli prokuraturę wojskową (mowa tu o kwestii nielegalnego pozyskiwania treści sms'ów dziennikarzy w sprawie pana Pasionka), mógł postarać się o to, by w sprawie tej obowiązywała pewna dyskrecja. Tymczasem, Seremet sam siebie starał się wykreować na wielce sprawiedliwego, stróża przepisów prawa. Taki obrót spraw, w którym wiele wyszło na światło dzienne, mogło rozwścieczyć Seremeta, który pewnie założył, że niektóre sprawy rozegrają się w zaciszu gabinetów. Z drugiej strony, Parulskiemu nie wolno było zareagować sposób, w jaki to zrobił. To coś znacznie więcej, niż tylko brak kultury względem swojego zwierzchnika.
Seremet i Parulski sprawdzili się na swoich stanowiskach?
Obaj się skompromitowali. Czy Andrzej Seremet kiedykolwiek zaprotestował w sprawie skandalicznych kwestii, dotyczących śledztwa smoleńskiego? A przecież ma do tego prawo, mógłby na przykład powiedzieć: "Panie premierze, to był poważny błąd, że nie domagaliśmy się zwrotu wraku samolotu". Kompromitował się również wtedy, gdy pod jego okiem prokuratura wytaczała śledztwa czołowym ludziom opozycji, właściwie tylko po to, by ich nękać. Wiadomo było, że stawiane zarzuty najprawdopodobniej się nie potwierdzą, że sąd uniewinni Ziobrę, Kamińskiego, byłego szefa ABW, etc. i tak się prawdopodobnie stanie. Seremet pozwolił na wprowadził politykę do prokuratury, podczas gdy jego urząd został ustanowiony właśnie po to, by nie łączyć funkcji ministra sprawiedliwości - która jednak jest funkcją polityczną - z funkcją całkowicie indyferentną, niezależną od polityki, jaką jest urząd prokuratora generalnego. Seremet całkowicie wpisał się w linię polityczną rządu.
Sprawa ma się podobnie z Parulskim.
Dokładnie. Za jego urzędowania, śledztwa prokuratury wojskowej wloką nie nadzwyczajnie, od początku dzieją się jakieś skandaliczne sprawy, jak na przykład spalenie rzeczy osobistych ofiar katastrofy smoleńskiej z obawy przed... wybuchem epidemii. To jakiś absurd, nie wspominając już o spotkaniach z bliskimi ofiar, którzy nie mogli się doprosić o jakiekolwiek informacje. I wreszcie, całkowity brak ruchu prokuratury wojskowej, która w gruncie rzeczy powinna mieć ułatwiony kontakt z władzami Rosji, po to, by jak najwięcej skorzystać z ich ustaleń na potrzeby własnego śledztwa. Również Parulski wpisał się w model polityczny różnego rodzaju zaniechań i nadzwyczajnej wiary w rzetelność Rosji w kwestii śledztwa smoleńskiego. Obydwaj są skompromitowani, chociaż akurat Seremet w jednym ma rację – czas zlikwidować prokuraturę wojskową.
Rozmawiała Marta Brzezińska

