Prokuratorzy z Gdańska opowiadając się za wersją o samoporwaniu tylko się kompromitują, a nagłaśniając ją - dotkliwie ranią rodziców zamordowanego Krzysztofa.

 

Teza o samouprowadzeniu jest nieprawdziwa z trzech powodów.

 

Po pierwsze przeczy temu śmierć samego rzekomo "samoporwanego" - Krzysztof w końcu przecież został zamordowany.

 

Po drugie - porywacze i zabójcy Krzysztofa Olewnika skazani na dożywocie (a którzy później w tajemniczych okolicznościach w więzieniu odebrali sobie życie) mieli szansę otrzymać dużo niższe wyroki, gdyby wyjawili w trakcie procesu, że porwanie sfingował sam Krzysztof. Po co brali na siebie odpowiedzialność za to morderstwo? W imię czego?

 

Po trzecie - sam fakt instruowania porywaczy przez Krzysztofa nie jest dowodem, że od początku on sam z nimi wszystko zaplanował. Olewnik walczył o życie, więc by przeżyć, musiał w jakiejś mierze współpracować z bandytami. On znał szczegóły z życia rodziny i wiedział z kim rozmawiać o przekazaniu okupu, etc.

 

Sama więc logika przeczy hipotezie o samouprowadzeniu Olewnika. W całej tej historii najbardziej oburzające jest jednak postępowanie gdańskich prokuratorów: czy naprawdę trzeba było przeprowadzać rewizję w rodzinnym domu Krzysztofa wpadając o 6 rano? Czy rodziców ofiary policja musi traktować jak pospolitych bandytów? Nie można było przyjść o 10.00 rano? Zachowanie prowadzących śledztwo jest haniebne i przypomina praktyki państwa komunistycznego. Dziś widać, że przekazanie sprawy do Gdańska nic nie dało. Tamtejsza prokuratura ma tyle samo wpadek co inne. W ogóle polskie prokuratury są przeżarte niekompetencją.

 

Notował: PSaw