Nie będę przypominał głośnych przypadków z ostatnich miesięcy, bulwersujących olbrzymią część opinii publicznej, kiedy wyroki kompromitowały naszych sędziów. Oni sami zaś powinności sędziów, którzy winni przestrzegać literę prawa, w połączeniu z poczuciem społecznej sprawiedliwości, zamienili na role polityków, realizujących punkt widzenia, zgodny z potrzebami rządzącej partii. Niektórzy sędziowie demonstracyjnie ignorowali ducha prawa, dając wyraz swym sympatiom politycznym. W każdym normalnym demokratycznym państwie, musieliby liczyć się z końcem kariery zawodowej. U nas są pewni, że sprzeniewierzenie się swemu powołaniu nie pociągnie za sobą żadnych negatywnych dla nich konsekwencji. Odwrotnie, mają pełne prawo zakładać, że służebność wobec rządzących, żeby nie powiedzieć służalczość, może przynieść im awans na wyższy szczebel w hierarchii służbowej i zarazem sędziowskiej. W przypadku jakiejkolwiek krytyki swego postępowania, kryją się za pancerzem tzw. niezawisłości sędziowskiej.

Z jednego z mediów olsztyńskich dowiedziałem się o sprawie, która dobitnie potwierdza jak głęboko chore jest sądownictwo. Jak uległe jest ono administracji państwowej i niczym sparaliżowany organizm nie jest w stanie podjąć wbrew tej administracji, oczywistej i prostej decyzji. Wreszcie jak zatraciło ono zdrowy rozsądek, równy często z poczuciem społecznej sprawiedliwości. Sędziowie, co gorsza, dotyczy to również kolejnego już pokolenia młodych kadr, tkwią ciągle w okowach mechanizmów z czasów PRL. Jego fundamentem jest zasada, że jeśli przed sądem postawiony jest człowiek, któremu cokolwiek zarzucają przedstawiciele administracji państwowej, np. policji, Straży Miejskiej itd., to najpierw w ślepo zarzuty te jako niepodważalne traktuje prokuratura, a następnie sąd.

A teraz gołe fakty: Na ulicy rozmawiają dwaj mężczyźni. Jeden z nich pije z butelki piwo. Straż Miejska wlepia mu mandat. Za chwilę karze mandatem drugiego, który miał napęczniałą kieszeń w spodniach. W kieszeni tkwiła butelka piwa. Zamknięta, czy jak kto woli, fabrycznie zapieczętowana. Skąd kara? - Bo właściciel butelki mógł za chwilę wyjąć butelkę z kieszeni, otworzyć ją i zacząć pić – uzasadniał strażnik mandat. Na nic się zdały tłumaczenia faceta z butelką w kieszeni, że ani w głowie mu było picie na ulicy. Że dopiero w domu zamierzał otworzyć butelkę. To wyjaśnienie nie mogło zadowolić strażnika, który musi wyrobić normę dzienną wystawianych mandatów. Sprawa, więc trafiła przed sąd. A ten zamiast oddalić absurdalny zarzut – inaczej każdy z nas musiałby alkohol kupiony w sklepie przenosić do domu konspiracyjnie, bo a nuż widelec trafimy na patrol Straży Miejskiej – zaczął zarzut o groźbie ( ustalonej przez strażników) otwarcie butelki z piwem na ulicy i tam rozpoczęcie procesu wlewania piwa do gardła, rozpatrywać z cała powagą. W majestacie sądu III RP. Aby sprawę zbadać wnikliwie sędzia postanowił przesłuchać dodatkowych świadków. Czyżby świadkiem miał być drugi strażnik. Bo jak wiemy, nieszczęścia chodzą parami.

Sędziowie są często sami i co z tego? – ktoś może zapytać.

Jerzy Jachowicz

Felieton pochodzi ze strony sdp.pl