Jakich zwolenników? Fanatyków! Terrorystów, toczących wojnę z cywilizacją chrześcijańską.   

Wydawało mi się, że takie pytania, to najbardziej naturalna rzecz, jaka w takiej chwili powinna przyjść do głowy. Listopadowe zamachy w Paryżu, w których zginęło 130 osób, teraz w Brukseli liczba zabitych przekroczyła 30 osób, a ponad 200 zostało rannych. Te suche liczby są wstrząsające. Ale o wiele koszmarniejsza twarz spoziera na nas spoza tych ataków. Bezwzględnego zabójcy, który już dziś wiemy, uderza w chwili, kiedy przyjdzie mu taka zachcianka i nie ma żadnych możliwości, by mu się przeciwstawić, jeśli żyje wśród nas, obok nas, blisko. Nie jesteśmy też wstanie przewidzieć miejsca i czasu jego zbrodniczego uderzenia. Ani ofiar, jakie sobie wybierze. Młodzież szkolną, ludzi dorosłych jadących do pracy, dzieci na wycieczce w ogrodzie zoologicznym. Stadion w czasie zawodów sportowych, stacje metra, czy przedstawienie w operze. Wszędzie, dosłownie wszędzie i w każdej chwili. Kiedy jesteśmy w samolocie, pociągu, autobusie, metrze, kawiarni, na spacerze z dziećmi. Pieszo, na rowerze, w ogródku jordanowskim. Wszędzie może nas dosięgnąć odłamek bomby, trafić pocisk wystrzelony z broni islamskiego terrorysty.

Cóż tam nasze życie. Życie bliskich, kogoś przyjaciół, znajomych. Innych naszych rodaków z Gdańska, Krakowa, Katowic, Wrocławia, Szczecina, Warszawy. Nie możemy zadawać takich pytań, o których mówiłem na początku, bo zabrania tego lojalność wobec linii politycznej partii, którą popieramy. Partii nowoczesnej, europejskiej. Partii Ryszarda Petru, Donalda Tuska, Grzegorza Schetyny, Angeli Merkel, Martina Schulza. No i Jana Hartmana, który nie tylko marzy o obecności islamistów w Polsce, ale gotowy walczyć i o to, aby rozmnażali się, uprawiając kazirodczą miłość.

Jerzy Jachowicz/sdp.pl