Polskie władze są tak podporządkowane Rosji, że przypomina to niemal okres PRL. Oczywiście, dziś Rosjanie nie są u nas panami i władcami, ale analogia jest dość duża. Dla mnie osobiście to tym bardziej niezrozumiałe, że rosyjscy kibice zachowują się dość buńczucznie, o czym świadczy opinia jednego z nich, jak mniemam, prowodyra demonstracji. Stwierdził on, że bez względu na to, czy władze Warszawy wydadzą zgodę na przemarsz, czy też nie, defilada się odbędzie. Jeżeli przez uczestników będą używane symbole komunizmu, a najprawdopodobniej tak się stanie, to nie do pomyślenia jest to, że polskie władze całkowicie bagatelizują ten fakt.
Najgorsze jest to, że władze chyba w pełni świadomie godzą się na to, że w stolicy może dojść do awantur i burd, którym niewątpliwie zostanie przypisany kontekst czysto polityczny. Najpierw próbowano w tę sytuacje wmontować PiS za sprawą odbywających się każdego 10. dnia miesiąca marszy pod Pałac Prezydencki. Rosyjskim piłkarzom sugerowano, by przenieśli się z Hotelu Bristol, bo to miejsce nie jest dla nich do końca bezpieczne i mogą poczuć się urażeni.
Kiedy ta argumentacja okazała się mocno chybionym pomysłem, pojawiła się całkowita bezwolność polskich władz i pani Hanny Gronkiewicz-Waltz w kwestii przemarszu rosyjskich kibiców. Prezydent Warszawy zapowiedziała, że jeżeli tylko manifestujący złożą w ratuszu odpowiednie dokumenty, to ich marsz zostanie zarejestrowany. Co więcej, przyzwolenie na to, by manifestujący mieli ze sobą znienawidzone przez wielu Polaków symbole komunizmu, wywołuje pewien stopień napięcia u obserwujących to obywateli Polski, a to grozi starciami. Oczywiście, zostanie to wykorzystane przez Rosję do oskarżania Polaków o jakąś rusofobię i sianie nienawiści do Rosjan. To jest Putinowi potrzebne m.in. do tego, aby usztywnić stanowisko Rosji w dwóch podstawowych, a ciągle bolesnych dla Polaków sprawach: Katynia i Smoleńska.
Inaczej mówiąc, polskie władze dopuszczają do sytuacji, która przypomina mogący lada chwila wybuchnąć dynamit. Co więcej, w takich ulicznych manifestacjach prawie niemożliwe jest ustalenie tego, kto pierwszy rzucił zapałkę, od której zapalił się lont. Zamiast próbować do tego nie dopuścić, Polacy stają bezradnie, podczas gdy taki mały kraj, jak Litwa potrafi powiedzieć stop tego typu demonstracjom i ekscesom.
Jakby to było, gdyby do Polski przyjechali niemieccy kibice ze swastykami, portretami Hitlera i hasłami „Żydzi do gazu”? Jak ogromną falą oburzenia, protestów i blokad tego typu zachowań polska administracja, rząd a także władze Warszawy by zareagowały? Tym bardziej dziwi – i mówię to ze smutkiem – całkowity brak reakcji na paradę rosyjskich kibiców ze strony środowisk żydowskich. Tak, jakby Żydzi całkowicie zapomnieli, że komunizm łączył się z cierpieniem także dla nich. Począwszy od pogromów żydowskich w czasach carskich, Żydzi byli nieustannie gnębieni przez komunizm. Komuniści traktowali ich jako nację, której powinno się pozbyć. Oczywiście, wśród władz państwa komunistycznego było wielu Żydów, ale zajmowali oni tak wysokie pozycje, że teoretycznie byli poza zasięgiem tych opresji. Ale kiedy już dochodziło do pogromów obejmujących najwyższe stopnie nomenklatury partyjnej i rządowej komunistycznej Rosji, to oczywiście Żydzi byli w pierwszej kolejności do wyeliminowania. Dziwi mnie więc, że środowiska żydowskie, które z całą pewnością zareagowałyby na demonstracje związane z propagowaniem neofaszystowskich idei w Polsce, w przypadku Rosji zachowują niepokojące milczenie, jakby z – nie wiadomo jakich powodów – bały się otworzyć usta w ich własnym interesie.
not. Marta Brzezińska

