Fronda.pl: Mamy powód do radości – dług publiczny w ubiegłym roku nie przekroczył progu ostrożnościowego 55 proc. PKB.
Marek Łangalis*: To wcale nie powód do radości. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego deficyt wyniósł w ubiegłym roku 55,4 proc. PKB. Dokładne dane rządowe będziemy znać dopiero w maju, a obecne informacje to prognozy ministra finansów. Oczywiście ma on prawo stawiać takie prognozy, jakie są mu wygodne. Jednak GUS nie jest zainteresowany polityką i stąd jest bardziej wiarygodny. Niemniej i jego dane to prognoza.
Skąd te różnice? Obie prognozy muszą opierać się na jakichś danych.
Minister Rostowski stosuje kreatywną księgowość. Nie powiem, że fałszuje dane, ale przesuwa je pomiędzy różnymi kieszonkami, wyrzuca z finansów publicznych tą część, która jest deficytowa, wrzuca tą, która jest dochodowa, np. lasy państwowe. To wszystko robi jednym rozporządzeniem. GUS stosuje metodologię Unii Europejskiej, która jest przez cały czas jedna i niezmienna. To, co minister sam sobie pomniejszy, czy powiększy, nie ma dla GUS znaczenia.
Kreatywna księgowość może pomóc ministrowi Rostowskiemu także w przyszłym roku?
W przyszłym roku z pewnością wszystko wyjdzie na jaw. Owa kreatywna księgowość pomogła rządowi w dużym stopniu, ale tylko w tym roku. Gdyby minister finansów przyznał, że dług przekroczył 55 proc. PKB, trzeba by uchwalić zbilansowany budżet, z dnia na dzień wyciąć blisko 70 mld wydatków z budżetu. To byłaby istna rewolucja, która mogłaby spowodować wyjście ludzi na ulice. Rząd w ten sposób kupuje sobie spokój społeczny.
Na jak długo?
Jeśli gospodarka rewelacyjnie ruszyłaby w tym roku, jeśli sprawdziłyby się założenia ministra Rostowskiego odnośnie wpływów z podwyżki VAT, to nawet na 2-3 lata.
To mało optymistyczna prognoza.
Wszystko zależy od tego, czy gospodarka będzie się rozwijać szybciej, niż przyrost długu. Jeśli zadłużenie rośnie 7-8 proc. rocznie, a według prognoz gospodarka ma w przyszłym roku rozwinąć się o 4 proc., to znaczy, że zadłużenie wzrośnie w stosunku do PKB o 4 punkty procentowe. Jeśli gospodarka rozwijałaby się szybciej, niż poziom zadłużenia, to dług w stosunku do PKB byłby mniejszy, choć i tak realnie by się zwiększał. Dodatkowo premier Tusk i minister Rostowski liczą na to, że fundusze europejskie, które zaliczono na papierze do dochodów, zaczną spływać do budżetu. One spływają 2-3 lata po zapisaniu ich na papierze, to też jest jeden z powodów, dla którego dziura budżetowa jest zawsze większa, niż się zakłada. Jednak i tak nie wierzę w to, że można dalej odkładać walkę z długiem publicznym.
Co trzeba zrobić, by dług się realnie zmniejszył?
Trzeba się po prostu przestać zadłużać. Mamy teraz rok wyborczy, 10 lat temu AWS i UW nie weszły do sejmu głównie dlatego, że ogłoszono „dziurę Bauca”, która wyniosła wówczas 70 mld złotych. Dlatego rząd nie pozwoli sobie na to, by powiedzieć otwarcie, że deficyt budżetowy wyniesie w tym roku 100 mld, a nie 40 mld, jak zakłada minister finansów. To byłoby przyznanie się do całkowitej porażki w rządzeniu. W dodatku byłoby to wydarzenie bardzo medialne, bo deficyt budżetowy w wysokości 100 mld złotych sugestywnie brzmi. Prawdopodobnie wyborcy w tym roku jednak nie pokażą rządowi ani czerwonej, ani żółtej kartki. W przyszłym roku premiera i ministra finansów będzie stać prawdopodobnie na więcej szczerości...
...co doprowadzi do ostrych cięć budżetowych i prawdopodobnie masowych protestów.
Oczywiście można to próbować jeszcze o 1-2 lata odsunąć w przyszłość. Minister finansów już przestał zaliczać składki emerytalne z OFE w skład długu publicznego, mimo że Komisja Europejska nie wydała jeszcze na to zgody. Parę sztuczek minister może mieć jeszcze w zanadrzu. Minister Rostowski byłby doskonałym księgowym dla mafii, ale czy nadaje się na ministra finansów, tego nie wiem.
Rozmawiał Stefan Sękowski.
*Marek Łangalis – ekonomista, twórca pierwszego Zegara Długu Polski. Ekspert Instytutu Globalizacji, członek Stowarzyszenia KoLiber.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

