Ukazał się numer „Uważam Rze”, już bez wywiadu braci Karnowskich, jednak z wieloma artykułami dziennikarzy, deklarujących wcześniej odejście z tego tygodnika. Nowy naczelny Jan Piński pisze w nim: „Mam nadzieję, że szybko przekonają się państwo, iż warto zaufać obecnemu zespołowi „Uważam Rze". Poznacie nas po czynach, a pierwszym z nich jest ten numer tygodnika?” O co tu chodzi?
Rozumiem to w ten sposób, że są to artykuły przesłane wcześniej albo z zapasów. List, w którym napisali, że wycofują się z „Uważam Rze” i "Rz", jest dalej w mocy. Sądzę jednak, że lepiej byłoby, gdyby te teksty się nie ukazały już pod nowym naczelnym i nie wprowadzały czytelników w błąd. Mamy sygnały, że ludzie są skonsternowani. Zadbaliśmy wcześniej z bratem, żeby nasz wywiad nie ukazał się w tym neo-”Uważam Rze” i nawet go nie przesłaliśmy. Nie ukazała się również bardzo popularna rubryka listów, którą redagował mój brat.
Ciekawe, że technika działania jest taka, aby podszyć się, aby zrobić produkt jak najbardziej zbliżony do poprzedniego, mimo że sytuacja jest diametralnie inna. To przecież nie polega na tym, że zrobi się jeden, drugi czy trzeci numer podobny do oryginału. Istota sprawy sprowadza się do kontroli nad redakcją, do intencji, wartości i drogi życiowej. Środowisko „Uważam Rze” było wiarygodne. Zresztą, ludzie różnice zauważą, są czujni. Już w tym numerze mamy wychwalanie polityki zagranicznej obecnego rządu. Czytelnicy się zorientują. Może Piński zatrzyma trochę starych czytelników, ale nie ma szans, aby utrzymać dalej to pismo, bo zejdzie poniżej progu opłacalności. Chyba, że władza dopompuje reklamami ze spółek skarbu państwa.
Wasz nowy produkt, dwutygodnik „W Sieci”, przyjął się już u czytelników, zrobiliście nawet dodruk pierwszego numeru...
Tak, dodrukowaliśmy 40 tys. egzemplarzy. Wyniki sprzedaży przeszły nasze oczekiwania, choć jeszcze za wcześnie na konkretne liczby. Jest dobrze. Napłynęło kilka poważnych reklam do kolejnego numeru. Będzie on też lepiej dystrybuowany. Jest już składany i przejdziemy z czasem na rytm tygodnikowy.
Jeszcze w grudniu ukaże się tygodnik?
Możliwe. To są już kwestie techniczne, rozbudowy redakcji czy papieru. To trochę potrwa, ale chodzi raczej o dni niż tygodnie. Chcemy ruszyć jak najszybciej. Jest cała fala maili od czytelników, wzywających nas do takiego działania.
Czy „Uważam Rze” będzie dla was konkurencją?
Nie, nie patrzę tak na to, bo jest to tytuł w jakiejś mierze martwy. „Uważam Rze” już umarło. Jego fenomen polegał na specyficznej konstelacji, na środowisku skupionym wokół „Rzeczpospolitej”. Znam Jana Pińskiego i wiem, w którą stronę się to potoczy. Spodziewać się można dużej dawki egzotyki.
Czyli?
Kowin-Mikke jako główna propozycja dla prawicy, do tego pamiętna okładka „Wręcz Przeciwnie” jako zabawa komunią świętą... Każdy dobrze wychowany polski konserwatysta wie, że z tego świętego gestu nie należy kpić. Jak tym można grać, co trzeba mieć w głowie? Trzeba być cynikiem albo bardzo niemądrym człowiekiem. To pomieszanie świata pojęć.
Jan Piński pisze we wstępniaku, że „prezentowaliśmy i prezentujemy podobne wartości”. Co o tym sądzisz?
Jak ktoś się ubiera podobnie, to nie znaczy, że reprezentuje podobne wartości. To był tygodnik autorów niepokornych - takie było hasło tygodnika, wymyślone przez Michała Karnowskiego, pomysłodawcę pisma. Dziś nie ma już w tym piśmie autentyzmu, realnej niepokory. To był opis tamtego środowiska, nie tego, które przejęło stery.
A te słowa Pińskiego?
Ktoś inny to zbudował, ktoś inny o to dbał. On wziął rzecz nie swoją. Nie ma moralnego prawa do używania nazwy „Uważam Rze”, bo to więcej niż nazwa - to był sztandar. Czytelnicy to czują. Jeszcze to podszywanie się pod niepokornych...
„W Sieci” odróżnia się formatem i treścią.
Nowocześnie zrobione, ma lżejszą strukturę. Z założenia opierało się na materiałach z sieci. Nie wchodziliśmy wcześniej w pole „Uważam Rze”. Dziś to pismo rozpędzone, więc teraz łatwo je modyfikować. Będziemy iść w stronę tygodnika opinii. Taka jest logika sytuacji. Można powiedzieć: jest arka.
A jak współpraca z „Gazetą Polską”? Szorstka konkurencja? Walka o prawicowego czytelnika? Sytuacja się zmienia, więc jak widzisz współpracę ze środowiskiem tego tygodnika?
To są jednak różne środowiska, które mają pełne prawo do budowania emanacji w postaci swoich pism. To jest inna wrażliwość. Ostatnio obejrzałem wszystkie okładki poprzednich „Uważam Rze” i było ich symbolicznie razem 96. Estetyka była zupełnie inna od ?” Polskiej”. W „Uważam Rze” było sporo tekstów opisujących świat, otwartych nawet na wrażliwość obcą redakcji. „Gazeta Polska” to tygodnik potrzebny, cenny, jednak dużo bardziej walczący. Życzę im jak najlepiej. Oni mają swojego czytelnika, jednak nie zagospodarują wszystkiego. „Gazeta Polska” jest dłużej na rynku od „Uważam Rze”. Po powstaniu "Urze" ich sprzedać wzrosła dwukrotnie, a pismo kierowane przez Lisickiego doszło do 140-150 tys. To jest branie nie tyle od siebie nawzajem, co z zewnątrz.
Jak widzisz w Polsce przyszłość mediów konserwatywnych, prawicowych? Coraz bardziej wycinanych z życia społecznego?
To jest pytanie o demokrację w Polsce. To, co się dzieje, to próba amputowania silnego obozu, próba budowy systemu demokratycznego bez politycznej czy medialnej reprezentacji co najmniej 1/3 społeczeństwa. Budują nam demokrację kadłubową, w której pewną, niepasującą część się odcina, a reszta stanowi całe spektrum. Spierać się mają prorządowi endecy z prorządowymi lewakami.
Ale to się nie uda. Jak genialnie to ujęła prof. Staniszkis - Polacy to nie Rosjanie, na dłuższą metę tego nie kupią. Polacy kochają wolność, i potrafią zaskoczyć. Po Smoleńsku obóz władzy liczył, że zgasi społeczne zainteresowanie sprawą po roku maksymalnie. Mija trzeci rok, a Polaków domagających się prawdy przybywa.
Rozmawiał Jarosław Wróblewski
