Śmierć jako terapia?
Parę dni temu portal „FRONDA” poinformował o pomyśle kanadyjskiego pisma medycznego „Canadian Medical Association Journal”, które wzywa do rozpoczęcia dyskusji o eutanazji nazywając ją „terapeutycznym zabójstwem”. Co prawda redakcja nie opowiada się ani po stronie zwolenników ani przeciwników „dobrej śmierci”, jednak już samo zestawienie słów „terapia” i „zabójstwo” sugeruje, że jest to coś dobrego. Cóż, trudno się nie zgodzić z twierdzeniem, że śmierć w sposób bezwzględny usuwa chorobę trapiącą pacjenta – cały problem polega jednak na tym, że wraz z tymże pacjentem. Podejście iście eugeniczne, stosowane wcale nie tak dawno w Trzeciej Rzeszy, gdzie problem chorób – m.in. psychicznych – rozwiązywano poprzez wyekspediowanie na tamten świat chorych. Metoda sprawdzona i skuteczna, efekt statystyczny osiągalny niemalże natychmiast, krzywa zdrowia na wykresach szybuje w górę. Tylko czy o to chodzi? Czy można ludzi traktować jak zrakowaciałą tkankę, którą należy wyciąć by organizm – w tym przypadku społeczeństwo – mógł cieszyć się zdrowiem? Czy człowieka można uznać za szkodnika, którego można – a nawet trzeba – się pozbyć? W właśnie do tego sprowadza się dodanie przymiotnika „terapeutyczne” do słowa zabójstwo, ma ono „zmiękczyć” wymowę i sprawić, że przestanie ono być postrzegane jako coś jednoznacznie złego. Śmierć jednostki, chorej, nieprzystosowanej jednostki ma być sposobem na uzdrowienie społeczeństwa, które ma być uśmiechnięte, szczęśliwe i bogate. Dokładnie tę samą filozofię wyznają brazylijskie Szwadrony Śmierci, które rozwiązują problem bezdomności usuwając w sposób radykalny (dla mających złudzenia tłumaczę: mordując) bezdomne dzieci.
Gdy nie wiadomo o co chodzi...
Gdyby chodziło rzeczywiście o uzdrowienie „tkanki społecznej”, o ratowanie degenerującego się gatunku ludzkiego, to można by jeszcze uznać (uruchamiając gigantyczny zasób dobrej woli), że głosiciele tych poglądów naprawdę wierzą w to, że ich idee są szczytne. Gdybyż faktycznie dobro cierpiących pacjentów, którym tylko śmierć ulgę przynieść może leżało na sercu ideologów eutanazji to można by z nimi podjąć dyskusję w oparciu o uniwersalne wartości etyczne i próbować wpłynąć na ich postrzeganie rzeczywistości i dobra. Niestety, u podstaw poglądów eutanazistów leży starożytny wynalazek, który nie przyniósł tak naprawdę niczego dobrego – pieniądze. Od czasu, kiedy lidijski król Krezus wybił pierwsze monety ludzi opanowała gorączka przeliczania wszystkiego na te małe, metalowe krążki. Prędzej czy później musiało dojść do sytuacji, w której również ludzkie życie zostanie ujęte w tabelach kont a księgowi w wytartych zarękawkach będą przeliczać jego wartość pod kątem amortyzacji, stopy zwrotu czy opłacalności dalszej eksploatacji konkretnej jednostki. I o to właśnie chodzi – o opłacalność i zysk. Leczenie zawsze jest kosztowniejsze niż jego zaniechanie a podanie trucizny tańsze niż długotrwała terapia. Maszynę, której koszt naprawy przekracza spodziewane zyski z jej pracy wyłącza się i złomuje. Dlaczego nie można tego samego zrobić z człowiekiem? Przecież jednostka nieprzydatna podwyższa tylko koszt utrzymania całej grupy i obniża standard jej życia. Jest pasożytem a takie się usuwa i nie przejmuje skrupułami. A przy okazji można jeszcze wystawić rachunek – słony – za podanie koktajlu, który ulży w cierpieniu i przeniesie pacjenta w błogostan śmierci. Biznes się kręci, konta puchną, koszta maleją a szpitalom – tak przy okazji – wzrasta współczynnik udanych „zabiegów” i krzywa skuteczności...
Krwawe pieniądze
Dokładnie tą samą ideologią kierują się głosiciele prawa do aborcji na życzenie czy ideolodzy zapłodnienia pozaustrojowego. Nie chodzi o żadne dobrodziejstwa, kobiety są przez nich traktowane przedmiotowo, jak sakiewki, z których można wytrząsnąć garść złotych dukatów. Ludzkie tragedie są w perfidny sposób wykorzystywane do pompowania bankowych kont, zdrowe skądinąd pragnienie posiadania potomstwa traktuje się jak każdą inną potrzebę, jak chęć zamieszkania w ładnym domu czy apetyt na hot – doga z budki na deptaku. Wmawia się kobietom, że to nic złego, że za odpowiednią cenę dostaną wymarzone dziecko wedle zamówienia. A kiedy kobieta w ciążę zajdzie i z jakichś – dowolnych – powodów nie jest z tego zadowolona to też przecież nie problem. Za odpowiednią opłatą przyjazny gabinet załatwi problem przy relaksującej muzyce. Wszystko to oczywiście tylko po to, by zapewnić powszechną szczęśliwość i przyszłość pozbawioną trosk. No bo jakiż mógłby być inny powód?
Problem w tym, że za gębami pełnymi frazesów o powszechnym szczęściu kryją się ogromne pieniądze. Pieniądze, które tak naprawdę nikomu szczęścia nie przyniosą, bo są splamione ludzką krwią, naznaczone śmiercią niewinnych istot ludzkich. Dlatego trzeba zrobić wszystko, by to życie stało się nadrzędną wartością, by nie odmierzano go za pomocą pieniędzy czy innych, równie nieludzkich metod. Jeżeli nie uda nam się tego osiągnąć, to kto będzie w stanie zagwarantować nam, że jutro któryś z Was nie zapragnie usunąć z tego padołu łez mnie uznawszy, że moja pisanina do niczego się nie nadaje i jestem zwyczajnym pasożytem? Kto będzie w stanie powstrzymać mnie przed ukręceniem łba komuś, kto na powyższy temat będzie miał zdanie odmienne? Przecież prawo do życia mają tylko ci, którzy spełniają oczekiwania i przedstawiają swoją osobą jakąś wartość przedstawioną na dowolnie wybranej skali...
Alexander Degrejt

