Dziś, za trzecim razem, prokurator Barbara Kijanko wreszcie stawiła się przed komisją śledczą ds. afery Amber Gold. Wygląda jednak na to, że jej stawiennictwo to zwyczajna kpina z działań komisji.

Najpierw Kijanko stwierdziła, że nie została poinformowana o ostatnim stawiennictwie, co poseł Małgorzata Wassermann, przewodnicząca komisji, skomentowała:

Odebrała pani zawiadomienie w pracy. Potem nie załączył nawet informacji o stanie zdrowia. Daliśmy pani druga szansę. 8 lutego podjęto decyzję o pani wezwaniu na 22 lutego, ale podjęliśmy próbę kontaktu mailowego z pani pełnomocnikiem. Podjęliśmy próby podjęcia kontaktu telefonicznego. Odebrała pani wezwanie po terminie, ale nie ukaraliśmy za to panią.”

Dalej, jak się okazuje, Kijanko zeznaje, że sprawy i śledztwa z 2009 roku… nie pamięta:

Ja już nie pamiętam żadnych szczegółów. Wszystko z uwagi na upływ czasu i stan mojego zdrowia. (…) Bardziej pamiętam przekazy medialne po sierpniu 2012 roku”

Przewodnicząca komisji wymieniła czynności, jakie podjęła prok. Kijanko. Jak się okazało, praca została skończona po sprawdzeniu kilku danych w internecie oraz wysłaniu pisma do Marcina P.

Znów Kijanko odpowiedziała: „Nie pamiętam w tej chwili”. Dopytywana o to, na jakiej podstawie odmówiła wszczęcia postępowania, twierdzi, że „widocznie w tym momencie takie były moje ustalenia”. Nie konsultowała jednak sprawy ze swoim przełożonym.

Prok. Kijanko stawia się ewidentnie w roli ofiary, sugerując, że jej stan zdrowia pogorszył się po przejęciu sprawy przez Prokuraturę Okręgową. Małgorzata Wassermann słusznie jednak zwróciła jej uwagę:

Czy pani wie w jakim stanie są ludzie, którzy stracili swoje oszczędności całego życia?”.

Jak się okazuje, prokurator nikogo z nich na przesłuchanie nie wezwała, bo „nie widziała takiej potrzeby”.

dam/wpolityce.pl,Fronda.pl