Kościół w kwestii imigrantów poczynił zwrot o 180 stopni, odwracając się „od Lepanto do Lesbos” i opowiadając się po stronie imigranta, nierzadko muzułmanina. Sprawił tym, że Europejczycy zapadli w swego rodzaju „letarg”. Nadszedł moment, by stawić czoła problemowi – uważa Laurent Dandrieu, redaktor naczelny rubryki kulturalnej francuskiego tygodnika Valeurs actuelles, ekspert w dziedzinie religii oraz autor książki Èglise et immigration le grand malaise.

Rozmowę, którą przeprowadziła Marie Baret du Coudert, a która ukazała się na łamach czasopisma "Radici Cristiane", po polsku opublikował portal pch24.pl.

Dandrieu sprzeciwia się najpierw wykorzystaniu Mt 25,35 (Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie...) jako swoistego młota na wszystkich przeciwników masowego przyjmowania imigrantów.

"W regularnych odstępach czasu francuski episkopat skandował je jako jedyny argument krytyczny wobec restrykcyjnej polityki w stosunku do imigrantów. Myśl katolicka, podobnie jak miłosierdzie, ulega upodleniu i staje się czymś, co Chesterton zwykł nazywać „chrześcijańską cnotą, która oszalała”. Miłosierdzie musi również, zwłaszcza w polityce, cechować ostrożność, nie można narażać na niebezpieczeństwo naszego wspólnego dobra, by nie obrócić się przeciwko tym, którym powinno się pomagać; musi być sprawiedliwe, nie może rozebrać Piotra, żeby ubrać Pawła, musi być skuteczne: nie może obiecywać pomocy, jeśli nie będzie w stanie jej udzielić..." - mówi dziennikarz.

"Taki błąd prowadzi do katastrofy nie tylko w Europie, ale też w samym Kościele: jak ponownie rozbudzać wiarę wśród ludzi, którym tłumaczy się, że ich uzasadniona obawa o przetrwanie jest jedynie przejawem zamknięcia się w sobie, przesadną ostrożnością i że miłość do własnej tożsamości powinna zostać całkowicie poświęcona w obliczu imperatywu przyjęcia drugiego człowieka?" - stwierdza.

Dandrieu odnióśł się także do kwestii swoistej "islamofilii" Kościoła katolickiego. "Mamy do czynienia z rozwojem czegoś, co Rémi Brague nazwał „fałszywymi podobieństwami”, powierzchownymi zbieżnościami pomiędzy religiami, które pozwoliły Janowi Pawłowi II na stwierdzenie, że wielbimy „tego samego Boga” co muzułmanie. Do czasu pontyfikatu Benedykta XVI temat stosunku islamu do przemocy nigdy nie był podejmowany. Franciszek, owszem, musiał rozpocząć taką dyskusję ze względu na rozwój wypadków na świecie, ale w przeciwieństwie do swojego poprzednika, który próbował budować dialog oparty na prawdzie i wezwać muzułmanów do krytycznej refleksji nad własną religią, aktualny papież zaprzecza problemowi i zadowala się stwierdzeniem, jak napisał w 2013 roku w Evangelii Gaudium, że: „prawdziwy islam i właściwa interpretacja Koranu sprzeciwiają się przemocy” - powiedział.

Nawiązując między innymi do działań papieża Franciszka po mordzie na ks. Hamelu powiedział, że "taka postawa stanowi kolejne zagrożenie dla Europejczyków broniących się przed islamizacją kontynentu. A ponadto nie służy ona również samym muzułmanom, ponieważ powtarzanie, że problem nie istnieje, przynosi efekty odwrotne do zamierzonych. Jak mamy dążyć do ich ewangelizacji, jeśli na każdym kroku mówimy im, jak wspaniała jest ich religia".

mod/pch24.pl