Ratyfikacja Traktatu z Lizbony przez Irlandię oznacza, że do wejścia w życie dokumentu brakuje już tylko podpisów prezydentów Czech i Polski, gdzie oba parlamenty narodowe już ratyfikowały dokument. W stronę Warszawy i Pragi posypały się więc apele europejskich polityków.
- Mam nadzieję, że procedury związane z wejściem w życie traktatu zakończą się możliwie szybko w Polsce i Czechach – mówił szef Komisji Europejskiej Jose Barroso.
Ten apel skierowany był przede wszystkim do czeskiego prezydenta - tłumaczył były szef Parlamentu Europejskiego Pat Cox. - Bo prezydent Kaczyński mówił, że czeka na głos Irlandczyków, no to go ma - donośny i jasny - dodał Pat Cox.
Europejscy politycy rzeczywiście wymieniają wprawdzie Polskę i Czechy jednym tchem, ale koncentrują się głównie na czeskim prezydencie, który wiele razy krytykował traktat i nie zamierza go podpisywać. Przekonać Vaclava Klausa będą próbowali politycy ze Szwecji, kierującej teraz pracami Unii. W najbliższy czwartek do Pragi wybiera się wiceszefowa KE Margot Wallstreom, a w piątek przewodniczący Europarlamentu Jerzy Buzek.
W Irlandii za Traktatem z Lizbony głosowało ponad 1,214 mln Irlandczyków (prawie 67 proc.), przeciw było 594 tys. wyborców. Liczba zwolenników Traktatu wzrosła o 20 proc. w porównaniu z pierwszym referendum w czerwcu 2008 roku, kiedy przeciwko było 53,4 proc. głosujących, a za - 46,6 proc. osób. Wyższa była też frekwencja i wyniosła 58 proc., podczas gdy w 2008 roku - 52,7 proc. Eksperci nie mają wątpliwości, że część wyborców, głosujących rok temu przeciw Traktatowi, zmieniła zdanie z powodu kryzysu finansowego i gospodarczego. Obywatele uznali, że bez pomocy UE i Europejskiego Banku Centralnego, który zasilił irlandzkie banki sumą 120 mld euro, Irlandia by sobie nie poradziła.
AJ/IAR
Zobacz także:
Irlandczycy poprawili sprawdzian z europejskiej demokracji?
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

