Ta sprawa będzie precedensem. W jednej z poznańskich klinik okulistycznych (a do niedawna także in vitro) przechowywany był pojemnik z zamrożonymi zarodkami. Jednak w pewnym momencie przestano do niego zamawiać ciekły azot, który jest niezbędny do tego, by zarodki nie umarły. Po jakimś czasie nowy dyrektor kliniki postanowił skierować sprawę do sądu, by ten rozstrzygnął, czy brak azotu niezbędnego do zamrożenia (a zatem rozmrożenie i śmierć ludzi na zarodkowym etapie rozwoju) nie jest przestępstwem polegającym na spowodowaniu uszkodzenia ciała dziecka poczętego lub rozstroju zdrowia zagrażającego jego życiu.
Proces, który właśnie się rozpoczyna będzie kluczowy z wielu powodów. Po pierwsze sąd będzie musiał rozstrzygnąć (na poziomie prawnym), czy uznaje zarodek za człowieka czy też nie, a to będzie miało kluczowe znaczenie dla dalszych tego rodzaju spraw. Ale proces ten zupełnie jasno pokazuje też, że opowieści o ochronie zarodków możemy włożyć między bajki. Ciekły azot kosztuje, zamrożenie też, i w pewnym momencie prościej jest rozmrozić i uśmiercić zarodki niż utrzymywać je przy życiu. Czasem zresztą w ogóle się ich nie zamraża, a od razu zostawia do wyschnięcia... I to też jest prawda o przemyśle in vitro. On nie tylko konstruuje życie, ale także go pozbawia. Nie wątpię, że intencje lekarzy mogą być szlachetne, ale koszty są zbyt wielkie. Nie wolno poświęcać życia jednych, by dać życie innym.
Tomasz P. Terlikowski
