Od lat jesteśmy zapewniani, że armia nie jest nam potrzebna, bo chroni nas wielkie NATO, a o nasz dobrobyt i odseparowanie od Moskwy troszczy się UE. Sytuacja na Ukrainie pokazała jednak, że w istocie zapewnienia te są mniej więcej tyle warte, ile papier, na którym zostały spisane. Gdyby kiedyś Putinowi przyszło do głowy zająć kawałek Polski (na przykład w imię obrony ludności białoruskiej), to – nie ma wątpliwości – że zachowanie organizacji międzynarodowych, a także mocarstw byłoby podobne...

Tak wiem, że my – inaczej niż Ukraina – jesteśmy w NATO i UE, i że to daje nam gwarancje – tyle, że jakoś nie wierzę, by kierownictwo tych organizacji zachowało się w inny sposób. No może Obama zmarszczyłby dwie brwi, szefowa unijnej dyplomacji zapowiedziałaby jeszcze ostrzejsze sankcje (więcej osób by nie wpuścili), a NATO podkreśliłoby, że źle odczytuje takie działania. Ale przecież, nie oszukujmy się, nikt nie zdecydowałby się wypowiedzieć wojny, czy wprowadzić sił, bo to by oznaczało gigantyczny konflikt... A na to Zachód jest zbyt tchórzliwy. Obawiam się też, że nie zabrakłoby – i w Polsce (obawiam się, że także po prawej stronie) osobników, którzy przekonywaliby, że Rosja wyzwala nas z liberalnej UE (to prawicowi zwolennicy Putina) lub, że nie należy jej drażnić, bo przecież nie mamy z nią szans (to centrowi, liberalni i lewicowi komentatorzy), a jak będziemy niegrzeczni to zabiorą nam więcej.

I tak Putin zrobiłby, co chciał, tak jak zrobił co chciał ze Smoleńskiem i z dochodzeniem prawdy o nim, i jak teraz robi, co chce z Krymem. To właśnie dlatego trzeba powiedzieć zupełnie otwarcie, jeśli chcemy być – w miarę bezpieczni – to zamiast ufać w papiery – trzeba budować realne koalicje i umacniać polską armię. Jeśli nie jest już za późno.

Tomasz P. Terlikowski