Wszystko zaczyna się wieloznacznym nazewnictwem.
- Termin "bezpieczna" i "niebezpieczna" aborcja nie są naukowymi określeniami, ale prawnymi i politycznymi, bo są ukierunkowane na to, by zmienić prawo – mówi amerykańska dyplomatka Donna Harrison.
ONZ postanowiła, że do 2015 roku trzeba zmniejszyć o 75 proc. liczbę kobiet, które na całym świecie umierają z powodu powikłań przy ciąży. To jeden z Milenijnych Celów Rozwoju. Krwawienie, infekcje, wysokie ciśnienie też powodują śmiertelność wśród kobiet w ciąży, ale nikt przeciw nim nie lobbuje.
- Każda z tych przyczyn posiada definicję medyczną i nie jest powiązana z politycznymi celami – mówi cytowana przez LifeNews Harrison, która sama jest lekarzem oraz członkiem Amerykańskiej Rady Położnictwa i Ginekologii.
Światową Organizację Zdrowia (WHO) najbardziej interesuje jednak inna przyczyna - "niebezpieczna" aborcja. Jeśli kobiety umierają od "niebezpiecznych" aborcji, to oczywiście trzeba im zapewnić aborcję "bezpieczną" i tak powstaje błędne koło presji międzynarodowej. Ale co organizacja rozumie pod tymi pojęciami?
Harrison przytacza artykuł z 2007 roku, współfinansowany przez WHO, który "niebezpieczną" aborcję definiuje jako "aborcję przeprowadzaną w krajach o restrykcyjnym prawie aborcyjnym". Zgodnie z taką logiką każda aborcja w kraju, gdzie prawo chroni życie, jest więc "niebezpieczna" i trzeba złagodzić przepisy, by kobiety miały dostęp do "bezpiecznych" zabiegów.
Problem polega na tym, że już słowo "aborcja" przysparza niejasności w statystykach. W zależności od potrzeby, organizacje uwzględniają - lub też nie - podział na poronienie (ang. spontaneous abortion) i poronienie "wywołane" (ang. induced abortion). Jeśli w kraju, gdzie aborcja jest nielegalna, statystyki sumują te dwie kategorie, to liczba "niebezpiecznych" aborcji zyska odpowiednio zawyżony poziom.
Do tego dochodzi kwestia manipulacji pozyskanymi danymi. Zdaniem dyplomatki, tak dzieje się podczas szacowania liczby "niebezpiecznych" aborcji i związanej z tym śmiertelności kobiet.
- WHO łączy "poronienia" i "wywołane poronienia", po czym "poprawia" ilość poronień do proporcji, jakie uzna za właściwe - mówi Harrison.
Dlaczego te liczby są tak ważne? Lekarka nie ukrywa, że chodzi o pieniądze. Wyjaśnia, że statystyki wykorzystują politycy i działacze pozarządowi, wspierani często przez międzynarodowe organizacje. Na podstawie danych i raportów wyznacza się cele, na które idą dotacje.
- Jeśli w jakimś kraju jest wysoki odsetek umieralności matek przy porodzie, bo brakuje odpowiednio wykwalifikowanych położnych a niewiele kobiet umiera z powodu aborcji, to oczywiste jest, że dofinansowanie powinno iść na szkolenie akuszerek, a nie do klinik aborcyjnych – mówi Harrison. Zaznacza, że problem zaczyna się, gdy statystyki wykazują sytuację odwrotną.
- Kraj naciskany jest przez organizacje międzynarodowe by zalegalizował aborcję, przy założeniu, że natychmiastowo zmniejszy to ilość kobiet trafiających do szpitala z powodu "niebezpiecznych" aborcji oraz zredukuje ponoszone w ten sposób koszty – mówi dyplomatka. W ten sposób przedstawia się rządom legalizację aborcji jako "korzyść" i "oszczędność".
AJ/LifeNews.com
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

