Marta Brzezińska: Dwa tygodnie temu, po kolejnej szokującej okładce „Newsweeka” (para lesbijek z dzieckiem) pytałam Pana, jak pogodzić pracę w gazecie, która w tak niewybredny sposób atakuje Kościół z jednoczesnym deklarowaniem się jako katolik. Zapewniał Pan wtedy, że nie zamierza odchodzić z „Newsweeka”. Rozumiem, że teraz czara goryczy się przelała.

 

Szymon Hołownia: Od naszej ostatniej rozmowy sytuacja diametralnie się zmieniła. To, co wydawało mi się sytuacją incydentalną, zaczęło wyznaczać rytm mojej współpracy z „Newsweekiem”. W sytuacji, kiedy w tygodniku pojawiało się coś kontrowersyjnego, mówiłem sobie: „Ok, jesteśmy w tym samym piśmie, ja nie muszę zgadzać się we wszystkim z kolegami, ale chętnie przedstawię moje argumenty w tej sprawie”. Jednak w sytuacji, kiedy trzy okładki pod rząd zaczynają wyglądać tak, że ja czuję się zobowiązany, by z nimi polemizować, bo są moim zdaniem nieprawdziwe i nie zawierają dobrze uargumentowanych tez, jest nie do zaakceptowania. Co więcej, sytuacja eskaluje, więc to mi po prostu przestaje sprawiać przyjemność. Wygląda to tak, że ja co tydzień muszę komentować okładkę pisma, w którym piszę. Naprawdę mam wiele innych ciekawych tematów, o których chciałbym napisać w swoim felietonie, a czuję, że tych okładek nie można pozostawić bez komentarza. To rodzi pewien dyskomfort po obu stronach. Zdaję sobie też sprawę, jak bardzo niekomfortowa i niezręczna jest taka sytuacja dla moich kolegów, gdy ktoś na ich własnych łamach nie zostawia na nich suchej nitki za ich własne pieniądze.

 

Newsweek” od dawna nie patrzył na Kościół przychylnym okiem.

 

Tu nie chodzi o przychylność albo nieprzychylność, ale o to, żeby rzetelnie i obiektywnie opisywać rzeczywistość, a nie dowodzić tezy, że Kościół toleruje księży z dziećmi, powołując się na pojedyncze, marginalne przypadki i anonimowe głosy. To chyba generalnie problem wielu współczesnych Polaków, dla których Kościół stał się chłopcem do bicia. Gdy o nim rozmawiają, bardzo szybko odchodzą od standardów, którymi sądzą inne obszary rzeczywistości. Tu naprawdę nie chodzi o to, że Kościół jest „świętą krową”, której nie można krytykować. Bo można, jeśli tylko zachowamy wobec niego standardy takie, jakie chcielibyśmy, żeby stosowano wobec nas samych.

 

Deklarując, że zostaje Pan w „Newsweeku” powoływał się Pan na – moim zdaniem – bardzo ważny argument. Mówił Pan, że nie wolno zamykać się tylko w swoim środowisku, bo wtedy można przekonywać już przekonanych. Czy odejście z „Newsweeka” nie jest trochę straceniem szansy na docieranie do osób, które się z nami nie zgadzają? Bo chyba nie możemy się zamykać w getcie.

 

Ja całe życie próbuję pokazać, że moim pomysłem nie jest zamykanie się w jednym miejscu. Ja nie odchodzę z „Newsweeka” z przyjemnością, ja odchodzę z „Newsweeka” z żalem. I z poczuciem utraconej szansy, o której Pani mówi. Tracę miejsce, w którym mogłem się komunikować z ludźmi, którzy myślą inaczej. Choć część z nich wylewa na mnie teraz kubły pomyj i odprawia w internecie taniec radości, bo wreszcie odstrzelili „katolickiego taliba”, to jednak były głosy ludzi, którzy się ze mną nie zgadzali, ale dyskutowaliśmy na jakiś temat. Takie szerokie spectrum było ciekawym doświadczeniem. Bardzo żałuję, że musieliśmy się rozstać, ale nie mogłem postąpić inaczej, z powodów, o których mówiłem. Ja nie najlepiej się czuję, kiedy ktoś stojący obok mnie zamiast opisywać dokucza temu co jest mi bliskie.

 

A te miejsca, w których możemy komunikować się z ludźmi, którzy myślą inaczej?

 

Wierzę, że takich miejsc, gdzie ludzie nie zapomnieli o podstawowej prawdzie, że emocje, odczucia i odreagowania, pewien ruch światopoglądowy, który się teraz w Polsce dzieje, to nie jest opis rzeczywistości, jest jeszcze wiele. Miejsc, w których ludzie wiedzą, że w opisie rzeczywistości ważne są fakty, argumenty, które popierają tezy, że ważna jest rozmowa o czymś, a nie o kimś, w czym ostatnio jesteśmy wielkimi specjalistami. Mam wrażenie, że coś takiego zaczęło się ostatnio dziać w naszym kraju, wskutek czego rośnie grupa ludzi, dla których jakiekolwiek poruszenie, jakakolwiek zmiana, jest powodem takiej przyjemności i takiego przekonania, że dzieje się coś dobrego, że ta rozmowa zaczyna być utrudniona. Co nie oznacza, że jest niemożliwa. Ja staram się robić swoją robotę, wydaję książki, spotykam się ludźmi. Na spotkaniach z moimi czytelnikami nikt nikomu nie sprawdza metryki chrztu. To czasami owocuje bardzo ostrymi rozmowami. Myślę też nad uruchomieniem swojego projektu, który jakoś mógłby się odnaleźć w tej niekościelnej działce. Będę próbował. Myślę, że znajdą się jeszcze tacy, którzy będą rozmawiać z „katolickim talibem”, który chce z nimi rozmawiać.

 

Rozmawiała Marta Brzezińska