Owszem, książka "Hobbit, czyli tam i z powrotem" nie jest utrzymana w tak patetycznym klimacie, co obraz Petera Jacksona. Tolkien, pisząc swoją powieśc w latach 30., nie miał na celu tworzenia epopei. Dziś jego literacki debiut jest traktowany raczej jako bajkowy prolog do "Władca Pierścieni". Pisarz, który stworzył własną mitologię, pisał opowieść dla dzieci, pełną śmiesznych niziołków z owłosionymi stopami, czarodzieja, krasnoludów, pokracznych goblinów i złego smoka, któremu trzeba zwędzić złoto. Ot, fajne przygodowe czytadło w lekkiej baśniowej konwencji. Tyle, że po latach sam autor musiał zmierzyć się z problemem połączenia lekkiego "Hobbita" ze skierowanym do nieco starszych czytelników "Władcą Pierścieni". I tak śmieszny pierścionek działający jak czapka-niewidka, w trylogii urasta do rangi demonicznego obiektu pożądania, będącego powodem wojen, konfliktów, a nawet zbrodni, pokraczne gobliny mają postać ponurych orków, a enigmatyczy zły czarnoksiężnik z puszczy okazuje się potężnym panem ciemności - Sauronem.

 

Jackson przystępując do ekranizacji "Hobbita" paradoksalnie wiedział więcej od samego autora. Nic więc dziwnego, że musiał do filmu dołożyć wątki, których nie było lub - po prostu - nie miały zbyt bogatego rozwinięcia w książce. Rację miał Piotr Gociek pisząc, że "Lekkość oryginału, w którym J.R.R. Tolkien od niechcenia rzucał motywy, szkicował postacie, zakręcał fabułę, robił aluzje do nieznanych nam bardzo tajemniczych wypadków oraz bohaterów, jest po prostu niemożliwa do przeniesienia na ekran". Podobnie jak redaktor naczelny wNas.pl, uważam, że Peter Jackson sprawnie nakreślił własną wizję.

 

Niekiedy jednak własne koncepcje nadały obrazowi przesadnego patosu, nie przystającego do opowieści o przygodach Bilbo Bagginsa. I tak, wyprawa krasnoludów po złoto i marzenia o przygodzie, stają się walką o utracony dom krasnoludów, co ostatecznie przekonuje filmowego hobbita do wzięcia udziału w wyprawie z krasnoludami-koczownikami. Momentami deklaracji o honorze, wierności, lojalności, padających, zwłaszcza z ust Thorina Debowej Tarczy, pada zbyt wiele i daje mdły efekt.

 

Wizja Jacksona ma jednak również swoje dobre strony. Tak jest w przypadku pobytu Gandalfa w Rivendell, gdzie wraz z Galadrielą, Elrondem i Sarumanem Białym rozważają losy Śródziemia. To właśnie w krainie elfów z ust "Szarego Pielgrzyma" pada - chrześcijańskie do szpiku kości - stwierdzenie, że małe, drobne gesty miłości i szacunku każdego dnia są w stanie wywalczyć wiecej Dobra. Jak widać, twórca filmowej adaptacji opus magnum Tolkiena, doskonale potrafi przekazać motyw przewoni twórczości angielskiego pisarza.

 

Premiera "Hobbita" w czasach dominacji nowoczesnych technologii, niosła obawy, że baśniowa konwencja straci na rzecz przekombinowanych efektów specjalnych. Rzeczywiście, momentami sceny walki, bezbolesne upadki z dużych wysokości, odbijanie się od twardych skał jak od trampoliny, może budzić uśmiech politowania, jaki towarzyszy czasem delektowaniu się nowymi przygodami Jamesa Bonda. Tyle, że w połączeniu z techniką 3D i zastosowaniem techniki 48 klatek na sekundę (krytykowanej  przez część dziennikarzy), daje piorunujący efekt, który sprawia, że widz staje się uczestnikiem tytułowej niezwykłej podróży. 

 

Być może w dobie zaawansowanych technologii to jedyne wyjście? W końcu i Gandalf Szary wzbudzał zainteresowanie hobbitów fajerwerkami...

 

Aleksander Majewski

 

„Hobbit: Niezwykła podróż” (Hobbit; An Unexpected Journey), reż. Peter Jackson, wyst. Martin Freeman, IanMcKellen, Richard Armitage