Wczoraj portal Fronda.pl poinformował o wypowiedzi senator Platformy Obywatelskiej, która w przypływie swojej bliskotliwości stwierdziła, że członkowie Fundacji Pro - Prawo do Życia podczas Przystanku Woodstock prezentowali "symbole faszystowskie", a "faszyzmu nie wolno promować". Pani polityk (a może pani polityczka?) zaznaczyła, że jeśli nawet ma "niekompletne informacje", to "lubuska policja w należyty sposób wykonywała swoje obowiązki służbowe". Czyli "sąd sądem, a sprawiedliwość i tak musi być po naszej stronie".
Tyle, że nie trzymające się kupy wypowiedzi senator Heleny Hatki to tylko wierzchołek góry lodowej. Polscy aktywiści pro-life, którzy przestrzegają Polaków, że to nie kto inny, ale sam Adolf Hitler zalegalizował na terenie Polski aborcję, po raz kolejny spotykają się z absurdalnym zarzutem propagowania faszyzmu. Jeżeli rzeczywiście Dzierżawski i spółka prezentowaliby w miejscach publicznych gębę pana z wąsikiem w celach uprawiania jego apologii, oznaczałoby to, że są zwolennikami zabijania nienarodzonych dzieci i powinni zmienić nazwę fundacji z Pro - Prawo do Życia na Pro - Prawo do Aborcji.
Dużo bardziej niebezpieczny od ględzenia pani senator czy zindoktrynowanych troglodytów noszących policyjne mundury, jest podprogowy sygnał przekazany społeczeństwu, które "myśli nagłówkami" i nie wnika w szczegóły. Noszą bannery z Hitlerem? A to faszyści! "Gdy obstrukcjoniści staną się zbyt irytujący, nazwijcie ich faszystami, nazistami albo antysemitami. Skojarzenie to, wystarczająco często powtarzane, stanie się faktem w opinii publicznej".
Jak widać stalinowska dyrektywa z 1943 r. jest nadal aktualna.
Aleksander Majewski

