Chodzi o odpis 0,7 proc. podatku, który obywatele mogą przepisać na Kościół katolicki. Innowiercy twierdzą, że to dyskryminacja. Jedni żądają zniesienia odpisu (np. ewangelicy), a inni (np. muzułmanie) - rozciągnięcia go na pozostałe wspólnoty i wyznania.

W ubiegłym tygodniu zgłosili nawet poprawki do projektu ustawy o wolności religijnej, którą chce przeprowadzić jesienią socjalistyczny rząd José Luisa Zapatero. - Kiedy wyznania dostają pieniądze od państwa, to państwo staje się poborcą wyznaniowej renty, a to rodzi niepożądaną zależność – argumentuje Jaume Llenas, sekretarz Hiszpańskiego Sojuszu Ewangelickiego.

Świadkowie Jehowy w ogóle nie chcą mieć do czynienia z państwem więc nie chcą, by państwo finansowało nauczycieli religii. Ateiści i zwolennicy całkowitej laicyzacji państwa dowodzą, że w kryzysie państwo może swobodnie zaoszczędzić kwotę z odpisów dla siebie.

Wyjątkiem są prawosławni, w większości imigranci z Rumunii, Bułgarii i Ukrainy. Oni z czasów komunizmu wiedzą, czym jest narzucona prawem laicyzacja i urzędowy ateizm. - Z laicyzacją lepiej uważać - mówi Andriej Kordoczkin, duchowny rosyjskiego Kościoła prawosławnego z Madrytu. - W ZSRR pokazywanie publicznie symboli religijnych przysparzało kłopotów.

Kościół katolicki całą sprawę kwituje krótko: to dzięki katolikom państwo oszczędza na polityce społecznej. Gdyby Kościół nie wyręczał państwa w działalności charytatywnej i humanitarnej, kosztowałoby je to o wiele milionów euro więcej.

AJ/GW

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »