Niemcy zmieniają kulturę pamięci o bolesnej dla nich historii. Poprzez kino chcą pokazać, że nie byli wcale tacy źli, jak ich się maluje.

 

Jakiś czas temu, swoją premierę miała niemiecko - amerykańska produkcja „Walkiria", pokazująca, że wśród niemieckich żołnierzy byli i tacy, którzy nie godząc się z czynami Hitlera, chcieli go zabić. Teraz nasi zachodni sąsiedzi fundują nam kolejny przykład „dobrego Niemca" w „niedobrych czasach".

John Rabe, tytułowy bohater najnowszego filmu wyreżyserowanego przez Floriana Gallenbergera, to postać historyczna. W latach trzydziestych kierował fabrykami Siemensa w Nankinie, w Chinach. W grudniu 1937 r. miasto zajęli Japończycy. Żołnierze cesarza mordowali i gwałcili na masową skalę. Zabili ponad 300 tysięcy Chińczyków, a wydarzenia te przeszły do historii jako masakra nankińska.

Rabe chociaż był zwolennikiem Adolfa Hitlera i należał do NSDAP wykorzystał to, że III Rzesza była w sojuszu z Japonią i zorganizował strefę bezpieczeństwa wokół ambasady niemieckiej, gdzie schroniło się 250 tysięcy Chińczyków. Po zakończeniu wojny, przeszedł denazyfikację , a dla swoich rodaków stał się pozytywnym bohaterem najbardziej ponurych czasów w ich historii.

Drugi Schindler", „Nazista z przypadku", tak piszą niemieckie media o filmie Floriana Gallenbergera.  Jeszcze zanim wszedł na ekrany kin, zdobył osiem nominacji do Loli - niemieckiego odpowiednika Oscara - czym już zapewnił sobie miejsce w historii niemieckiej kinematografii - pisze Piotr Jendroszczyk, berliński korespondent „Rz".

Niemieccy komentatorzy podkreślają, że Japonia nie rozliczyła się jak do tej pory ze zbrodni II wojny światowej. Co prawda odpowiedzialni za masakrę nankińską zostali po II wojnie skazani i powieszeni, ale we współczesnej Japonii o jej historycznych winach praktycznie się nie mówi.

Do tego niektórzy członkowie japońskiego rządu przez dziesięciolecia nie unikali wizyt w świątyni Yasukuni, upamiętniającej m.in. generałów, którzy kierowali pacyfikacją Nankinu w 1937 r. Masakra nankińska to oczywiście temat nieobecny w japońskim nauczaniu historii.

W ostatnich latach zmienia się niemiecka kultura pamięci. Przez kina przetoczyła się fala filmów o niemieckich ofiarach wojny, alianckich nalotach bombowych, Niemkach zgwałconych przez czerwonoarmistów oraz Niemcach wysiedlonych z Polski i innych krajów.

Przed niebezpieczeństwem takiego wybielającego zestawiania się z Japonią oraz zmieniania pamięci przestrzega jeden z niemieckich historyków. - To zupełnie nowe spojrzenie na historię. Nie ma w tym nic złego, pod warunkiem że nie ulegnie zatarciu różnica między przyczynami i skutkami. A tak czasami bywa - tłumaczy cytowany przez „Rz" Hans - Ulrich Wehler.

MM/Filmweb/Rz

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »