Fronda.pl: Komentatorzy po smoleńskiej tragedii, podkreślają wzruszające, pełne solidarności z Polakami reakcje Rosjan i zaangażowanie tamtejszych władz. Jednak prof. Włodzimierz Marciniak nie ma złudzeń. Twierdzi, że rosyjska władza jest przerażona, że może paść na nią cień jakichkolwiek podejrzeń w sprawie katastrofy samolotu z prezydenckim samolotem.

Henryk Głębocki*: Jeśli chodzi o reakcję Rosjan na tę tragedię, to wyraźnie możemy obserwować tam samonapędzający się mechanizm. Władze Rosji starają się zachować tak, jak powinni się zachować przedstawiciele każdego, normalnego, demokratycznego kraju i zatrzeć tym samym wrażenie niezręczności sytuacji. Tym bardziej, że znalazły się nieoczekiwanie w centrum uwagi opinii światowej. Bo, oto znakomita część elity politycznej państwa, które pozostawało w konflikcie z Rosją, tragicznie ginie, właśnie na terytorium Rosji, do tego w rosyjskim samolocie, który niedawno przeszedł serwis w rosyjskich zakładach, i to podczas podróży mającej uczcić rocznicę mordu na polskich oficerach, którego pełnego wyjaśnienia współczesna Rosja uniemożliwiała. Wśród szeregu gestów ze strony oficjalnych władz, istotnym elementem tych prób zatarcia złego wrażenia była emisja "Katynia" w głównym kanale rosyjskiej telewizji, na co przecież przez lata absolutnie nie mogło być żadnego przyzwolenia. Z drugiej strony  te posunięcia wzmacniały jedynie zainteresowanie sprawą Katynia ze strony społeczeństwa rosyjskiego, którego znaczna część wyrażała autentyczne współczucie wobec Polaków z powodu tragedii smoleńskiej.

Nie wiem czy jest pan świadom, że wbija klin w głoszony przez wielu moment przełomu i pojednania. Nie ma złudzeń co do postepowania władz. A zwykli Rosjanie, jak może wpłynąć na nich ten wymuszony interwencjonizm władz?

Dla nich sceny filmu Andrzeja Wajdy mogą kojarzyć się przede wszystkim z tragedią samych Rosjan. W rodzinach, które mają ofiary sowieckiej technologii zabijania ta wiedza nie jest obca. Ale w skali całego kraju Katyń pozostaje wciąż nieopowiedzianą historią. Na ile to nagłe i dramatyczne opowiadanie wstrząśnie Rosjanami tak, jak jak w przypadku nas Polaków? Na ile uruchomi mechanizmy zainteresowania prawdą o własnej, tak tragicznej historii? Czas pokaże.

Musimy pamiętać, że ta rosyjska trauma bolszewickiego terroru, którego pierwszymi i najliczniejszymi ofiarami byli początkowo sami Rosjanie, nie została dotąd dostatecznie pokazana i przeżyta w ich kraju. Do wyjątków należą takie filmy jak "Czekist" w reżyserii Aleksandra Rogozina na motywach powieści Władimira Zazubrina - "Szcziopka" (drzazga, wiór), ukazujący technologię mordów w siedzibach tzw. "czrezwyczajek" w epoce rewolucji i wojny domowej, tak uderzająco podobną do metod zastosowanych przy zbrodni katyńskiej i w tylu innych przypadkach komunistycznego ludobójstwa. Film ten powstał na początku lat 90. XX w., gdy w epoce Jelcyna wydawało się jeszcze, że odkrywając prawdę o swej historii, a przy tym prawdę o Katyniu Rosjanie uporają się z własną przeszłością. Jelcyn uruchomił dyskusję o zbrodniach rosyjskiego komunizmu jako element rozprawy ze starym komunistycznym establishmentem a także ze swym przeciwnikiem - Gorbaczowem. Wtedy też, aby go skompromitować, ujawnił i przekazał stronie polskiej część dokumentów dotyczących Katynia, świadczących o ukrywaniu prawdy o tej zbrodni przez władze ZSRS. Musiał jednak tych rozliczeń szybko poniechać. Natomiast epoka rządów Putina i jego ekipy opartej na środowiskach wywodzących się z sowieckich służb specjalnych całkowicie zmieniła wektor w przedstawianiu tych spraw.

Rozgrywającymi stały się osoby, ośrodki związane ze służbami?

Nie będzie to dziwne, jeśli przypomnimy, że jak oceniali zachodni analitycy, być może nawet ok. 70-80% establishmentu współczesnej Rosji, jeśli nie wywodziła się, to przynajmniej miała jakiś związek z tymi strukturami. Zjawiska te przyniosły rehabilitację rosyjskiej pamięci o sowieckim imperium – ostatniej formie imperium, które pozostało w świadomości wielu Rosjan jako wyznacznik ich globalnej pozycji supermocarstwa. Ten resentyment części społeczeństwa był umiejętnie wykorzystywany, podtrzymywany i rozwijany na zamówienie samego Kremla, jako legitymizacja nowej władzy. Usiłowano wręcz zbudować nową tożsamość Rosji odwołując się do neoimperialnego resentymentu, łącząc tradycje imperium białych carów i czerwonych komisarzy. Władze rosyjskie dokonywały w ostatnich latach szeregu gestów, które miały połączyć te tradycje, przywracając np. stary sowiecki hymn, a równocześnie akceptując kanonizację ostatniego cara Mikołaja II i jego rodziny, czy sprowadzając z zagranicy prochy przywódców antybolszewickiego ruchu "białych".

Jednak najważniejszą warstwą tej "nowej tradycji" była apoteoza imperializmu sowieckiego, jego symboli, bohaterów i najbardziej zbrodniczych instytucji jak NKWD i jego następca KGB czy "Smiersz". Apologia "czekistów", bohaterów "cichego frontu", przejawiała się w praktyce we wszystkich sferach życia, szczególnie w kulturze masowej, telewizji, etc. Wszystko to wiązano ściśle z mitem zwycięstwa podczas II wojny światowej, które stało się fundamentem globalnej pozycji imperium sowieckiego i przy użyciu którego można było usprawiedliwić wszelkie zbrodnie. Zarazem II wojna światowa pozostaje wciąż najważniejszym mitem narodowym współczesnej Rosji. Pamięć o Katyniu i co za tym idzie o innych zbrodniach, także na Rosjanach, stała w oczywistej sprzeczności z tą linią propagandy historycznej.

Teraz mamy sytuację, kiedy ten system oparty na zacieraniu pamięci o zbrodniach stalinowskich wyraźnie się psuje. Jak wytłumaczyć postępowanie rosyjskich władz, które z jednej strony, jak ognia unikają rozstrzygnięcia sprawy katyńskiej, z drugiej, idą krok do przodu, przynajmniej w słownych oświadczeniach

To, co nastąpiło w ciągu ostatnich 10 lat w Rosji, przynajmniej w sferze pamięci historycznej, to wyraźny nawrót do najgorszej, sowieckiej  tradycji imperialnej, ale podawanej często w nowoczesnej, wręcz postmodernistycznej formie. Charakter rosyjskiego postkomunizmu reprezentowanego przez ekipę Putina dobrze mogłaby ilustrować okładka głośnej książki Jadwigi Staniszkis "Postkomunizm": Stalin w najmodniejszym garniturze z eleganckim krawatem. Taka krzyżówka dawnego KGB-isty z dyplomatą, urzędnikiem bankowym czy giełdowym yuppie, nie mającym żadnych etycznych zahamowań.

Nowe wcielenie upiora historii...

Aby właściwie ocenić rozgrywający się przed nami scenariusz, trzeba uwzględnić także czynnik zewnętrzny. Przy podejmowaniu decyzji przez władze Rosji chodzi nie tylko o Polskę i stosunki z nią. Ten czynnik zewnętrzny to stosunki z państwami, które są odbiorcami rosyjskiej ropy i gazu w UE. Władzom rosyjskim bardzo zależy na tym, by Rosja, w oczach takich państw jak Niemcy czy USA postrzegana była jak normalny partner. Tymczasem katastrofa pod Smoleńskiem przypomniała zbrodnię katyńską i, co za tym idzie, ludobójczy charakter systemu sowieckiego, z którego wyrasta polityczny establishment rządzący współczesną Rosją.

O prawdę o Katyniu dopominaliśmy się przez lata. Jeszcze 7 kwietnia po spotkaniu premierów Donalda Tuska z Władimirem Putinem polscy komentatorzy cieszyli się z wykrętnych i niekonsekwentnych wypowiedzi premiera Rosji jako dużego postępu i zmiany stanowiska Rosji w tej kwestii. Teraz jednak, w ciągu zaledwie kilku dni po tej strasznej katastrofie mówić zaczęto o Katyniu praktycznie na całym świecie. Prawda o tej zbrodni pojawia się nawet tam, gdzie dotąd nie mogła się przebić, jak np. w Parlamencie Europejskim. To, że Katyń jest teraz na ustach całego świata wywiera na rosyjskie władze dużą presję.

Rosyjscy włodarze zdecydowanie wolą atakować. Jak się zachowają, gdy znajdą się pod ścianą?

Nie chodzi tylko o to, by ratować w tej sytuacji twarz. Putin i Miedwiediew doskonale zdają sobie sprawę, że w ostatnim czasie Rosja prowadziła niezwykle cyniczną grę obliczoną na podzielnie Polaków. Starano się postawić po jednej stronie "umiarkowanych, gotowych do pojednania" polityków, a po drugiej odseparować "nieustępliwych wrogów Rosji". Historykowi trudno uwolnić się od swoistego dejavu, gdy przypomni się jak Stalin, stawiając jako warunek powrotu do rozmów ze stroną polską, po ujawnieniu sprawy katyńskiej i zerwaniu z jej powodu oficjalnych stosunków, domagał się usunięcia z rządu RP na uchodźstwie podczas II wojny światowej polityków określanych jako "antysowieccy".

Wszyscy jeszcze niedawno byliśmy wszak świadkami smutnego spektaklu, gdy przedstawiciele Rosji, z udziałem ambasady rosyjskiej w Warszawie, rozgrywali sprawę obchodów katyńskich, starając się rozdzielić wizytę prezydenta i premiera, wyraźnie pierwszego piętnując jako "rusofoba", wyraziciela "niekonstruktywnych" sił politycznych, a drugiego przedstawiając jako nowoczesnego, pragmatycznego polityka, godnego stać się partnerem przy planowanym "nowym otwarciu" w stosunkach polsko-rosyjskich, reprezentującego "konstruktywną" część polskich elit.

Ale chyba Rosjanie nie zdołaliby wiele ugrać, gdyby nie pomoc części mediów w Polsce.

Strona rosyjska starała się wykorzystać fakt, iż w rozgrywaniu sprawy wyjazdu do Katynia brała udział część polskich mediów atakujących prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Przypomnijmy też, że sam Putin użył wobec prezydenta Kaczyńskiego określenia "nieczystopłotnyj", (co trudno oddać w języku polskim, w przybliżeniu chodzi o człowieka nie mającego czystych intencji). Warto pamiętać pojawiające się w prasie przecieki, iż prezydentowi Polski sugerowano, iż od tego, jakie będzie jego przemówienie w Katyniu, zależeć może potraktowanie go podczas wizyty w Moskwie przy obchodach rocznicy zwycięstwa nad III Rzeszą.

Ostatecznie przecież 7 kwietnia premier Władimir Putin, tak jak sobie tego życzył, spotkał się w Katyniu jedynie z premierem Donaldem Tuskiem i "umiarkowanymi" przedstawicielami polskiej sceny politycznej. Putin w przemówieniu w Katyniu unikał wzięcia odpowiedzialności za przeszlość, ale półgębkiem potwierdził fakt zbrodni komunistycznych z okresu rządów Stalina.

Przez lata Rosja milczała o zbrodniach Stalina. Dlatego nawet najmniejsza zmiana w tej kwestii każe się pytać o przyczyny.

Pewną rację mogą mieć ci nieliczni komentatorzy tego wydarzenia, którzy sugerowali, że mógł istnieć niezwerbalizowany nawet nacisk na Rosję ze strony niektórych państw, jak Niemcy, by ta przynajmniej symbolicznie "załatwiła" sprawę Katynia, jako wyraz swej dobre woli wobec czującej się zagrożoną interesami swych wielkich sąsiadów Polski, która najgłośniej też protestowała przeciwko projektom gazociągu bałtyckiego i usiłowała organizować przeciwko niemu nieskuteczny opór innych państw regionu. Stąd też być może ostrożne, oszczędne i wyważone słowa wypowiedziane przez Putina w Katyniu 7 kwietnia.

Skąd takie wnioski?

Przypomnę, że już dwa dni później z wielką pompą otworzono gazociąg, który połączył Rosję z Niemcami, a na rosyjskich portalach internetowych i w gazetach dominowała triumfalna informacja: "Europę przyspawano do Rosji". Nie można wykluczyć, że Niemcy i te czynniki polityczne w Unii Europejskiej, które zainteresowane są jak najbliższą współpracą z putinowska Rosją były zainteresowane tym, by kraje, które najbardziej przeciwko temu protestowały, dostały jakąś symboliczną satysfakcję. Takie oczekiwania w dyplomatycznej grze nie muszą być nawet werbalizowane. 7 kwietnia rzeczywiście Polsce dano symboliczną satysfakcję, którą trudno oddzielić od tego, co miało się wydarzyć w dwa dni później, czyli otwarcia gazociągu bałtyckiego, co było tak ważne dla Niemców i innych czynników w UE, ważnych partnerów Moskwy, współpracujących z Rosją przy pozostałych projektach, jak gazociąg czarnomorski.

Czyli głoszony wszem i wobec przełom, to tak naprawdę ochłap rzucony pominiętej w strategicznym projekcie energetycznym Polsce?

Trudno przy tym uniknąć refleksji, iż 7 kwietnia w Katyniu Polskę reprezentowała ta część elit politycznych, która była bardziej skłonna do uwzględnienia interesów silniejszych partnerów w UE i słabiej protestowała przeciwko ich projektom współpracy z Rosją, otwarcie opowiadając się za polityką, którą jedna z postaci z tego kręgu, określiła jako polityka "brzydkiej panny na wydaniu" – przy tym bez posagu.

Dodajmy do tego, iż dokładnie w dniu spotkania Tuska w Putinem, co w zamiarze obu stron miało stworzyć w medialnym przekazie wrażenie "nowego otwarcia", 7 kwietnia, pojawił się na łamach wspierającej ten kurs "Gazety Wyborczej", tekst posła PO Janusza Palikota. Polityk, który jakoś w ostatnich dniach dziwnie zamilkł, a który przez ostatnie lata odbierany był jako dosłowny wyraziciel tych opinii w swej partii, których inni nie ośmielali się wprost wypowiadać, otwarcie zaprezentował wówczas właściwy sens tego spotkania. W tekście zatytułowanym "Niewidzialna rewolucja Tuska", na który jakoś nikt nie zwrócił uwagi, lubelski poseł pisał, że "Najbardziej zasadniczym wymiarem dokonującej się rewolucji jest zastąpienie myślenia symbolicznego w polityce myśleniem w kategoriach praktycznych, "małych’ celów". Palikot stwierdził tam wprost: "Tak długo, jak sprawa mordu katyńskiego nie była politycznie rozstrzygnięta, stanowiła pożywkę dla myślenia symbolicznego o stosunkach polsko-rosyjskich. Gdy więc wreszcie dojdzie do spotkania szefów państw nad grobami polskich oficerów, będzie można przejść do pragmatycznej współpracy bez podejrzeń o zdradę. Tak więc choć spotkanie ma wielkie znaczenie symboliczne, to - paradoksalnie - oznacza koniec symbolicznego wymiaru współpracy między naszymi państwami". Tak więc sam fakt spotkania obu premierów miał być, jak z góry zakładano, dostatecznym zadośćuczynieniem i dowodem na przełom w stosunkach polsko-rosyjskich i kolejny wielki sukces polityki wschodniej rządzącej partii.

Wrócę do pytania, czy ta tragedia może w jakiś sposób zmienić społeczeństwa, polskie i rosyjskie?

Jeśli chodzi o zwykłych Rosjan, to oczywiście powinniśmy być im ogromnie wdzięczni, bo zachowali się w sposób piękny i wzruszający. Mam w Rosji wielu znajomych i w ostatnich dniach dostałem dużo listów ze słowami wsparcia, solidarności i otuchy. Musimy być wdzięczni wobec społeczeństwa rosyjskiego, jednak bez egzaltacji wobec władz, które w pierwszych dniach starały się zachowywać, przynajmniej na zewnątrz, tak jak powinny działać struktury każdego normalnego kraju wobec takiej tragedii (poza sprawa śledztwa, ale to oddzielny problem). Bardzo bym chciał, aby nawet gdy już Rosjanom przejdą emocję, całe to doświadczenie, które niespodziewanie przerwało blokadę informacyjną na temat Katynia, pozwoliło na wyzwolenie refleksji nad własną przeszłością i jej konsekwencjami.

Do czego mogą doprowadzić Rosjan te refleksje?

Trudno przewidzieć. Bo nawet w komentarzach niektórych rosyjskich autorów powściągano entuzjazm polskich mediów przekonujących Polaków, iż współczucie obu stron może stać się podstawą do politycznego przełomu. Tu wiele zależy od działań państwa, kontrolującego media, a w znacznej mierze i obieg informacji i jak dotąd skutecznie potrafiącego organizować zastępcze dyskusje w sferze publicznej. Pod tym względem, obserwując "środki masowego przekazu" putinowskiej Rosji, w ciągu ostatnich lat można dostrzec wiele podobnych mechanizmów organizowania zastępczych dyskusji przez dominujące media, jak w Polsce.

Co Pan ma na myśli?

Katastrofa pod Smoleńskiem może mieć istotny wpływ na kierunek prowadzonej przez Kreml swoistej "polityki historycznej". Ta tragedia wpływa na konieczność wybrania przez ekipę putinowską drogi mniej czy bardziej ograniczonej debaty o zbrodniach komunistycznych. Jednak wiele wskazuje, iż decyzja o stopniowej rezygnacja z apoteozy stalinowskiego imperium została podjęta już wcześniej. Można wręcz odnieść wrażenie, że organizując spotkanie 7 kwietnia w Katyniu z Tuskiem i wybierając świadomie jego a nie prezydenta Kaczyńskiego, ekipa putinowska przygotowywała się do rozbrojenia problemu Katynia i, co za tym idzie innych zbrodni systemu, w celu oddziaływania na opinię publiczną Europy. Mogłyby świadczyć o tym niektóre gesty, które uchodziły uwadze polskich komentatorów, jak wypowiedzi najwyższych władz, np. prezydenta Miedwiediewa z okazji dnia pamięci ofiar represji politycznych, 30 października ub. roku. Wówczas bodaj po raz pierwszy tak zdecydowanie potępił on zbrodnie z okresu stalinowskiego. Jego ostatnie wypowiedzi podkreślające odpowiedzialność Stalina za zbrodnię katyńską dla rosyjskiej telewizji anglojęzycznej "Russia Today" oraz następnie oświadczenie złożone mediom 18 kwietnia, tuż przed uroczystościami pogrzebowymi w Krakowie, były nawiązaniem do tej właśnie linii, zarazem wyraźnie skierowanej do odbiorców zewnętrznych.

Wladze Rosji próbują jakoś wykorzystać swój stalinowski garb?

Jeśli nawet przyjmiemy, że gesty te były elementem postępujące rywalizacji między prezydentem i premierem Rosji, pamiętać trzeba, że także sam Putin już jesienią 2007 r. podczas obchodów rocznicy "wielkiej czystki", także potępił zbrodnie Stalina. Stało się to w czasie uroczystości na poligonie NKWD w Butowie pod Moskwą, w listopadzie 2007 r., w miejscu, gdzie w 1937 r. rozpoczęto masowe egzekucje ofiar "wielkiej czystki". Z okazji Dnia Pamięci Ofiar Represji Politycznych, w 70. rocznicę stalinowskich czystek lat 1937-1938, wspólnie z patriarchą Aleksym II, ówczesny prezydent Rosji Putin złożył kwiaty przed ustawionym tu krzyżem przywiezionym z Wysp Sołowieckich. Był to pierwszy tego rodzaju gest ze strony Putina. który nawet krytycznie ocenił stalinowskie represje polityczne, jako skutek postawienia idei ponad ludzkimi wartościami i destrukcyjnej walki politycznej: "Tego rodzaju tragedie zdarzały się w historii ludzkości niejednokrotnie. Miało to miejsce wtedy, gdy - na pierwszy rzut oka atrakcyjną, ale w gruncie rzeczy pustą - ideę próbowano stawiać wyżej od ludzkich wartości" – stwierdził wówczas Putin.

I znów słowa każą pytać o powody...

Interpretowano udział ówczesnego prezydenta Federacji Rosyjskiej w tych obchodach i jego krytyczne wobec stalinowskiej przeszłości wypowiedzi jako swego rodzaju ukłon przed wyborami do Dumy wobec tej części Rosjan, którzy przywiązują większą wagę do pamięci o ofiarach komunizmu. Nie widać już jednak było tej wrażliwości w innych deklaracjach przedstawicieli władzy i w kształtowanym pod ich wpływem klimacie dowartościowania tradycji sowieckich specsłużb oraz rehabilitacji Stalina, obecnej od mediów elektronicznych po pisane na zapotrzebowanie Kremla ujednolicone podręczniki historii.

Tak więc istniał już wcześniej w wypowiedziach i gestach przywódców Rosji pewien dualizm, bo te jednostkowe deklaracje, będące gestami wobec tej części Rosjan, która pamiętała o zbrodniach bolszewickich, nie powodowały jednak zmiany dominującej "narracji" w mediach, kulturze popularnej a szczególnie w podręcznikach, pozytywnie przedstawiających dziedzictwo sowieckiego imperium. Wszystko, co teraz obserwujemy może zapowiadać wybranie kursu na pozbycie się tego obciążenia w relacjach z Europą, a w tym i z Polską jako członkiem UE, w postaci najbardziej kontrowersyjnych elementów dziedzictwa ZSRS i podjęcia krytyki wybranych faktów z przeszłości. Jednak trudno wyobrazić sobie zupełne odcięcie się od tej spuścizny, na fundamencie której obecnie jest budowana tożsamość Rosjan. Nadal przecież funkcjonuje np. prezydencka komisja ds. przeciwdziałania falsyfikacji historii zwalczająca wszelkie próby krytycznej oceny roli ZSRS podczas II wojny, a podręczniki historii wydawane są pod wpływem takich właśnie instytucji.

Zbliża się Dzień Zwycięstwa. Kolejny moment, by władze Rosji mogły narzucić swoją narrację odnośnie historii.

Zapowiadany scenariusz obchodów 9 maja 2010 r. rocznicy zwycięstwa nad III Rzeszą z udziałem w defiladzie na Placu Czerwonym nie tylko Polaków, ale i przedstawicieli innych państw koalicji antyhitlerowskiej oraz towarzysząca temu zmiana akcentów w wypowiedziach na temat II wojny świadczą o dokonywanej korekcie putinowskiej wersji "polityki historycznej". Nie musi to jednak całkowicie podważać najważniejszego mitu historycznego - zwycięstwa nad III Rzeszą, na czym ufundowana została pozycja ZSRS jako globalnego supermocarstwa, widzianego jako pozytywny dorobek sowieckiej przeszłości. Mit ten, oczyszczony z najbardziej kompromitujących tradycji stalinowskich, będzie zapewne wciąż wykorzystywany przez państwo rosyjskie do budowania jedności narodowej i podtrzymywania narodowej idei. Wydaje się więc, że chodzi tu jedynie o częściową "destalinizację" pamięci historycznej, tj. rezygnacje z najbardziej kompromitujących elementów tej tożsamości w oczach demokratycznego Zachodu, z którym Rosja robi lukratywne interesy. Zmiana akcentów będzie więc chyba bardziej skierowana na "eksport" aniżeli do wewnątrz Rosji, gdzie mit Stalina jest wciąż żywy.

Ten eksportowy mit jest chyba pieczołowicie przygotowywany...

Scenariusz obchodów 9 maja był przygotowywany od dawna, przebieg spotkania 7 kwietnia i wygłoszone w Katyniu oświadczenie zdejmujące odpowiedzialność współczesnej Rosji za zbrodnie ZSRS wpisywało się w ten właśnie kurs. W ten sposób można widzieć rosyjską, odgórną wersję pojednania i uporania się z kwestia katyńską jako element przygotowywanego na rocznicę zakończenia wojny scenariusza i odchodzenia od retoryki propagandy historycznej do tej pory wprost nawiązującej do Stalina. To, co wydarzyło się trzy dni później w lesie pod Smoleńskiem, zmusiło do zintensyfikowania tych gestów, które miały zarazem przykryć w mediach konsternację, jaką wywołało we władzach rosyjskich globalne zainteresowanie katastrofą i jej okolicznościami, czyli zbrodnią katyńską z 1940 r.

Jeśli weźmiemy więc pod uwagę te wszystkie gesty i posunięcia władz rosyjskich, pod hasłem "pojednania", można w tym dostrzec strategię takiego rozegrania ostatnich wydarzeń, która pozwoliłaby na uwiarygodnienie władz współczesnej Rosji i akceptację ich polityki w oczach szczególnie Unii Europejskiej i jej najsilniejszych państw. Gra toczy się o to, na czyich warunkach odbędzie się to pojednanie. O tym jak bardzo jest ono wiarygodne i jak daleko ta obecna odwilż zajdzie świadczyć jednak będą realne posunięcia.

Po 10 kwietnia wszystko uległo przyspieszeniu...

By wybrnąć z tej sytuacji Putin może powtórzyć zabieg, którego dokonał już kiedyś Gorbaczow, uruchamiając tzw. "głasnost’". Chodzi tu o mechanizm przekucia największej słabości w narzędzie służące do wzmocnienia własnej pozycji. Dla Gorbaczowa potępienie "złego" stalinizmu przeciwstawianego "dobremu" leninizmowi, do którego nawiązywano, służyło jako narzędzie wymiany starych kadr. Konserwatywnych stalinistów miały zastąpić kadry młodych i zainteresowanych w modernizacji systemu i czerpaniu z niego korzyści przedstawicieli aparatu partyjnego i służb specjalnych - właśnie tacy, jak młody pułkownik KGB Putin, pilnujący wówczas interesów imperium we wschodnich (i zachodnich) Niemczech. Warto przypomnieć jak ciepło o Putinie wypowiadał się sam Michaił Siergiejewicz, laureat Pokojowej Nagrody Nobla wspierający politykę byłego oficera KGB. Dla obecnej ekipy odcięcie się od zbrodni komunistycznych może być więc znakomitą rekomendacją w sferze ich relacji z demokracjami Zachodu, tak jak destalinizacja w czasach Gorbaczowa.

Czy gesty na użytek Zachodu może pogrzebać rosyjska "wojna na górze"?

Sytuację może komplikować ujawniający się konflikt o wpływy między jak wcześniej się wydawało, zgodnym tandemem Putin – Miedwiediew i siłami, które za nimi stoją. Można jednak spodziewać się takiego rozgrywania sprawy "nowego otwarcia" w sprawie Katynia i "ocieplenia", przynajmniej na poziomie gestów, z Polską, jako sposobu zmiany obrazu Rosji w oczach UE i wzmocnienia jej pozycji. Można przypuszczać, że gra będzie się toczyć o sposób pokazania tej zmiany wymuszonej przez sytuację – to będzie operacja PR na użytek świata. Ciekawe jednak w jaki sposób będzie to rozgrywane na użytek wewnątrz rosyjski. Na razie deklaracje Putnia czy Miedwiediewa, którzy wydusili z siebie, że to Stalin odpowiada na zbrodnie ZSRS skierowane były głównie do zagranicznych mediów i polityków.

Być może sposób podejścia do przyspieszonego przez ostatnie dramatyczne wydarzenia kolejnego etapu destaliznizcji może być przedstawiany tak jak gesty Putina wobec tej części Rosjan, który domagali się prawdy o zbrodniach systemu, czego precedensem były wspomniane wypowiedzi Putina na poligonie w Butowie pod Moskwą jesienią 2007 r. Trudno uwierzyć jednak, że gesty takie mogłyby pociągnąć np. dochodzenie odpowiedzialności konkretnych osób, ostatnich żyjących wykonawców zbrodni komunistycznych. Nikt z nich nie stanął nigdy prze sądem w Rosji za swe czyny, podczas gdy sprawcy ludobójstw spod znaku swastyki wciąż są ścigani.

Wyraźnie stwierdził to Przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Dumy rosyjskiej Dmitrij Kosaczow, zarówno przed katastrofą pod Smoleńskiem jak i po niej, łącząc wyrazy współczucia ze stwierdzeniem, iż nie należy ujawniać dokumentów ze śledztwa w sprawie Katynia, gdyż mogą żyć jeszcze ludzie, których dotyczą, lub mogą one zaszkodzić ich rodzinom. On też wcześniej najwyraźniej stwierdził, że obawia się odtajnienia dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej, gdyż może to pociągnąć za sobą ujawnienie materiałów dotyczących innych zbrodni okresu stalinowskiego i wywołać niechciane konsekwencje. Zrazem podkreślił, iż Rosja nie zamierza iść śladem krajów, które jak Polska, by odciąć się od przeszłości komunistycznej ujawniają materiały o ludziach współpracujących z komunistycznymi służbami specjalnymi i zakazują symboliki komunistycznej.

Jeszcze trudniej liczyć, że obecne gesty będą miały wpływ na realne posunięcia polityczne, jak realizacja rosyjskich interesów w postaci budowy dróg eksportu surowców energetycznych. Zmiana atmosfery może sprzyjać jednak lepszemu zrozumieniu polskiej wrażliwości przez zwykłych Rosjan do tej pory straszonych NATO i Polską przedstawianą jako jej forpoczta. Nie bez znaczenia też może być choćby werbalne odcięcie się od zbrodni systemu przez ludzi którzy byli wcześniej jego częścią, jak sam Putin.

Z drugiej jednak strony te posunięcia wpływają na świat zachodni, z którym robione są ogromne interesy, sprzyjając akceptacji polityki ekipy Putinowskiej. W założeniu gesty takie mają ocieplić wizerunek Rosji i usunąć skojarzenia związane z rzeczywistym charakterem obecnego systemu panującego w Rosji. "Russia as it is" może być łatwiej akceptowana z całym bagażem jej autorytaryzmu i metod policyjnych oraz charakterem rządzących nią elit, bez zmiany samego systemu.

Jak wobec takich działań władz Rosji powinna zachować się Polska, biorąc jeszcze pod uwagę tragedię smoleńską?

Nie można zapominać, że Polska ma moralne prawo i obowiązek wobec prawdy historycznej domagania się konkretnych czynów od władz Rosji. Postulaty z tym związane zostały zawarte w przemówieniu, które Lech Kaczyński miał wygłosić na cmentarzu katyńskim. To przemówienie pokazuje, że zmarły tragicznie prezydent usiłował budować pojednanie, ale na prawdzie historycznej. Określając w wystąpieniu do Rodzin Katyńskich mord katyński jako fundament systemu zniewolenia jakim był PRL, wskazywał, że tylko ujawnienie o nim całej prawdy, co dotąd następowało dzięki działalności zarówno Polaków jak i Rosjan, szczególnie badaczy ze stowarzyszenia Memoriał, których zamierzał w Katyniu odznaczyć, może być fundamentem rzeczywistego pojednania między narodami.

W niewygłoszonym przemówieniu przygotowanym na uroczystości w Katyniu zawarł postulaty, które mogłyby być warunkiem rzeczywistego pojednania. Doceniając zachodzącą zmianę w nastawieniu Rosji do kwestii zbrodni katyńskiej, wskazywał na konieczność konkretnych posunięć. "Trzeba ujawnienia wszystkich dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej. Okoliczności tej zbrodni muszą zostać do końca zbadane i wyjaśnione. Trzeba tu, w Katyniu, rozmowy młodzieży: polskiej i rosyjskiej, ukraińskiej i białoruskiej. Ważne jest, by została potwierdzona prawnie niewinność ofiar, By kłamstwo katyńskie zniknęło na zawsze z przestrzeni publicznej".

A w praktyce?

Przetłumaczone na język praktycznych posunięć były to postulaty: wznowienia umorzonego przez Rosjan śledztwa, odrzucenia tłumaczeń wykorzystujących jako pretekst tajemnicę państwową, rehabilitacji ofiar, zmiany ze strony władz rosyjskich stanowiska w Trybunale w Strasburgu, dostępu do akt katyńskich dla wszystkich historyków i wyeliminowania z przestrzeni publicznej a szczególnie mediów i systemu edukacji usprawiedliwienia dla tej i innych zbrodni komunizmu rosyjskiego. Wydaje się, że mamy prawo i moralny obowiązek domagać realizacji tego testamentu Lecha Kaczyńskiego w sprawie katyńskiej.

Czy wobec tego widzi Pan w kręgu władz polskich, kogoś kto mógłby w sprawie katyńskiej zrealizować testament Lecha Kaczyńskiego?

Muszę niestety odpowiedzieć, podobnie jak prof. Włodzimierz Marciniak, który w swej analizie w pierwszym tygodniu po katastrofie stwierdził, że na razie nie widać kogoś takiego wśród ludzi reprezentujących obecnie polskie państwo. Postępowanie polskich władz potwierdza diagnozę związanego z nimi Janusza Palikota, zamieszczoną na łamach "Gazety Wyborczej" z 7 kwietnia, iż w istocie chodzi tu o "zarządzanie" a nie o "rządzenie" i podejmowanie związanych z tym wyzwań.

A co z wyjaśnieniem przyczyn tragedii?

Dopóki nie ma wyjaśnionych okoliczności katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem, nie można wykluczać żadnej wersji wydarzeń. Władze Rosji działają pod widocznym naciskiem okoliczności i presją opinii światowej. To co wydaje się szczególnie niepokojące z perspektywy już ponad 2 tygodni od katastrofy, to medialny szum informacyjny wynikający m.in. z braku czytelnego stanowiska oficjalnych przedstawicieli reprezentujących instytucje polskiego państwa. Brak jakichkolwiek odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania, które zadają wszyscy. Jeśli po 2 tygodniach okazuje się, że nawet nie znamy dokładnej godziny katastrofy, to czy w ogóle coś wiadomo?

Fakty i wypowiedzi świadczące o całkowitej kontroli nad śledztwem strony rosyjskiej reprezentującej tak specyficzny twór państwowy jakim jest współczesna Putinowska Rosja oparta na strukturach służb specjalnych budzi mieszane uczucia. Podobnie jak całkowity brak choćby próby ze strony władz Rzeczpospolitej, aby w sytuacji niezwykłych emocji wywołanych tą tragedią, która wystawiła postępowanie władz rosyjskich na nacisk opinii światowej, przynajmniej podjąć próbę przejęcia śledztwa lub zwiększenia obecności w nim polskiej strony. Wszystko to wywołuje rosnące obawy i staje się pożywką dla mnożących się teorii konspiracyjnych, które, co warto podkreślić, najpierw pojawiły się w rosyjskim internecie. Sytuacja taka może poważnie zatruć na dłuższy czas stosunki polsko-rosyjskie, ale przede wszystkim życie polityczne w samej Polsce.

Po filmie "Solidarni 2010" wiemy, że to co głośno mówią zwykli ludzie wywołuje paniczny strach elit. Ponadto obywatele wytykają polskim władzom nieudolność w badaniu okoliczności katastrofy.

Niestety, to miękkie stanowisko władz polskich, jak się zdaje, wynika m.in. z tego samego mechanizmu, który obserwujemy od lat. Najważniejsze, najbardziej wpływowe media nie spełniają elementarnego obowiązku, jaki spoczywa na nich w demokratycznym państwie, w którym przyjęły na siebie rolę "czwartej władzy". To przeciwko temu "szklanemu sufitowi", który chronił obecne władze przez ostatnie lata i nie pokazywał rzeczywistości tak wielu ludzi w ostatnich dniach milcząco protestowało na ulicach Warszawy pod pałacem prezydenckim. Doszło do chwilowej zmiany tonu czołowych mediów. W ten sposób dodatkowo skompromitowały się one w oczach wielu ludzi pokazując do jakiego stopnia "świat nieprzedstawiony" może różnić się od medialnego przekazu. Jednak natura tych mediów pozostała ta sama, o czym świadczy zmieniający się sposób pokazywania rzeczywistości.

Szczególnie wywieranie medialnego nacisku, aby nie dyskutować pewnych spraw, nie stawiać najbardziej oczywistych pytań i przykrywać je hasłem "pojednania", przy użyciu swego rodzaju moralnego szantażu, stosowanego przez wielu komentatorów, którzy w imię jakoby ocieplających się stosunków z Rosją perswadują, że niedowierzanie i dociekliwość może zepsuć zaistniałą szansę pojednania polsko-rosyjskiego. Można tylko powtórzyć za jednym z najlepszych znawców współczesnej Rosji, prof. Włodzimierzem Marciniakiem: "Rozumiem, że powinniśmy pojednać się z Rosją, ale dlaczego z pupilami KGB?" Pojednanie z Rosjanami jest rzeczywiście wielką i ważną sprawą dla przyszłości Polski, ale nie będzie prawdziwego pojednania bez oparcia go na prawdzie. A bez pełnego wyjaśnienia zbrodni katyńskiej, teraz także ostatniej tragedii pod Smoleńskiem, takie, głoszone przez medialne "gęby za lud krzyczące", "pojednanie" będzie nieautentyczne i będzie przypominało bon mot nieocenionego w takich sprawach Lecha Wałęsy "zdrowie wasze w gardła nasze".

Czyli zmyślni komentatorzy wszystko zgrabnie wymieszali? Prawdziwe i wzruszające reakcje zwyczajnych Rosjan z działaniami administracji państwa rosyjskiego, wymuszonymi nadzwyczajną sytuacją i zainteresowaniem światowej opinii?

Jednocześnie te same media i komentatorzy twórczo rozwijają i upowszechniają wypowiedzi mediów rosyjskich pozostających pod dominującym wpływem Kremla, które pojawiły się niemal natychmiast po katastrofie. Szczególnie wątpliwe jest przed zbadaniem okoliczności katastrofy i jak się okazuje, przy braku pełnego dostępu strony polskiej do materiałów śledztwa, upowszechnianie wersji o błędzie pilota lub sugerowanie nacisku ze strony prezydenta, czemu np. "Gazeta Wyborcza" oddała się z niezwykłym wprost zaangażowaniem. Chciałoby się, żeby choć część tego zaangażowania skierowano na rzecz nacisku na oficjalnych reprezentantów państwa polskiego w celu skłonienia ich do bardziej zdecydowanych działań na rzecz wyjaśnienia okoliczności katastrofy

Stojąc w kolejce do Pałacu Prezydenckiego, na każdym kroku można było słyszeć dyskusje o niejasnościach i wielu pytaniach bez odpowiedzi. Powtarzana też jest teza o zbrodniczym reżimie panującym w Rosji.

Widok premiera Putina, byłego funkcjonariusza KGB, który wydawał premierowi Tuskowi ciało polskiego prezydenta w podsmoleńskim lesie, nieopodal Katynia, z pewnością na długo zapadnie w pamięci. Otoczenie Putina, to w znacznej części ludzi, którzy byli, albo są powiązani ze służbami specjalnymi. W trudnej sytuacji stawia ich okoliczność, iż cały szereg zabójstw politycznych w ostatnich latach światowe media i komentatorzy oraz rosyjscy niezależni dziennikarze wiązali z rosyjskimi służbami specjalnymi, jak w przypadku głośnego morderstwa Aleksandra Litwinienki w Londynie, likwidacji dokonywanych na czeczeńskich przywódcach, także poza Kaukazem, czy prób otrucia byłego ukraińskiego prezydenta Wiktora Juszczenki, a w końcu zabójstwa Anny Politkowskiej jak i wielu innych dziennikarzy w Rosji. Do dzisiaj przypomina się niewyjaśnione wybuchy bloków mieszkalnych w Moskwie, Wołgodońsku i Bujnaksku, w 1999 r., które złożono na rachunek czeczeńskich terrorystów, co stało się początkiem II wojny czeczeńskiej i pozwoliło zainstalować przy władzy ekipę Wladimira Putina. Nie łączę wprost tych niewyjaśnionych wydarzeń i zbrodni z katastrofą pod Smoleńskiem. Ale łączy je historyczny kontekst charakteru współczesnej Rosji i jej systemu władzy, co z kolei powoduje ograniczone zaufanie światowej opinii dla ludzi z takim rodowodem i państwa, w którym jak śpiewa, znany także dobrze w Polce, rosyjski zespół rockowy "Leningrad", "demokratami karmi się ryby"... Muszą zdawać sobie z tego obrazu sprawę także władze Rosji, robiąc wszystko aby zdjąć z siebie odium podejrzenia.

Warto zwrócić uwagę na kontekst w jaki katastrofa pod Smoleńskiem się wpisuje, a na który prawie natychmiast zwracały uwagę komentarze światowych mediów, w czasie, gdy my, w Polsce, pogrążeni byliśmy wciąż w przeżywanej traumie po tej tragedii.

Zwracano uwagę, że pod Smoleńskiem zginął prezydent, który prowadził zdecydowaną politykę odbudowy suwerenności własnego kraju, ale i uniezależnienia całego regionu od Rosji. Zginęli z nim ludzie, którzy usiłowali tę politykę realizować, do tego na rosyjskiej ziemi, w tak dramatycznych okolicznościach. W opiniach prasy zagranicznej zwracano też uwagę na dziejące się równolegle wydarzenia, na tak odległych od siebie peryferiach byłego imperium, przypominające o stałym problemie jakim dla krajów, które usiłują budować swą wolność stanowi groźba reimperializacji przestrzeni postowieckiej, jak wskazywał na to jakiś czas temu wybitny znawca dziejów Europy Wschodniej, prof. Andrzej Nowak. Szczególnie dotyczy to obszaru Międzymorza między Bałtykiem i Morzem Czarnym. Podobnie jak ma to miejsce w przypadku zdarzeń, które w ostatnim czasie zaszły w Kirgizji.

W Polsce, pod wpływem atmosfery żałoby, brak w analizach takiej perspektywy jaką przyjmują komentatorzy i analitycy patrzący na zachodzące wydarzenia z zewnątrz. Przypomnijmy, że z wielką pompą w dwa dni po spotkaniu Putina z Tuskiem, otwarto budowę gazociągu, który ma być położony na dnie Bałtyku i umożliwia ominięcie Ukrainy i Polski w handlu gazem z Niemcami i Europą Zachodnią.

Obok interesów z Niemcami związanych z gazociągiem północnym trzeba pamiętać o rosyjsko-włoskiej współpracy przy budowie gazociągu przez Morze Czarne i szeregu innych posunięć, wskazujących na konsekwentnie realizowaną od lat strategię "wchodzenia" w UE poprzez realizowanie bilateralnych stosunków z jej najsilniejszymi podmiotami. Tu jedną z poważniejszych przeszkód w tej polityce było stanowisko Polski w UE postrzeganej jako lider krajów, niedawno zaproszonych do Unii, a w relacjach z nią z kolei właśnie kwestia katyńska była barometrem wzajemnych stosunków.

Natężenie działań i gestów zmierzających do zacieśnienia współpracy z Zachodem, nie tylko z UE, ale i USA jest również odpowiedzią na zmieniony pod kierunkiem nowego prezydenta USA Baraka Obamy kurs polityczny, poszukujący partnera w putinowskiej Rosji. Chodzi nie tylko o wielka ideę Obamy, redukcji arsenału jądrowego, ale i problemy z Iranem, a szczególnie Afganistanem. Tu niezbędne jest wsparcie logistyczne związane z przerzucaniem ludzi i sprzętu na teatr tej odległej wojny. Symbolem tej nowej polityki może być wydane niedawno przez Dmitrija Miedwiediewa i Baracka Obamę wspólne oświadczenie z okazji 65. rocznicy spotkania na Łabą żołnierzy Armii Czerwonej i amerykańskiej, tuż przed zdobyciem Berlina i ostateczną klęską hitlerowskich Niemiec. Niestety, "duch Łaby", o którym mowa w wydanym 25 kwietnia komunikacie, Polakom i mieszkańcom tej części Europy, która w latach 1944-1945 w ramach współpracy aliantów ze Stalinem został oddana w ręce sowieckiego imperium kojarzy się jak najgorzej. Bo przecież kłamstwo o zbrodni katyńskiej, w którym uczestniczyły również anglosaskie demokracje Zachodu, było najpierw ceną za utrzymanie koalicji antyhitlerowskiej, a następnie ważnym elementem tego co Andrzej Nowak nazwał sojuszem "vodka-cola", ówczesnego "ducha Łaby", a także "ducha Jałty" i prób dzielenia świata na strefy wpływów.

W czasie dwóch tygodni po katastrofie władze Rosji prowadziły strategiczne rozmowy z Zachodem...

Rozmawiano z krajami UE, z Włochami, które są partnerem Rosji przy budowie gazociągu South Stream, okrążającego Ukrainę od południa, po dnie Morza Czarnego, a 24 kwietnia podczas wizyty Władimira Putina w Wiedniu podpisano umowę między rządami o udziale Austrii w budowie tego gazociągu, który ma zostać uruchomiony w 2015 r. i dostarczać gaz z Rosji do krajów UE. W podobny sposób w ciągu ostatnich lat Rosja wciągała lub usiłowała wciągnąć do współpracy przy budowie South Stream inne kraje Europy południowej, podobnie jak kraje bałtyckie przy budowie gazociągu na dnie Bałtyku – North Stream.

Dodajmy do tego sprawę wchodzących w fazę realizacji planów wydobywania gazu z łupków węglowych w Poslce z udziałem wielkich koncernów amerykańskich. Przypomnijmy, że zaledwie na dwa dni przed wyjazdem do Katynia (8 kwietnia) prezydent Kaczyński rozmawiał w Wilnie z prezydent Dalią Grybauskaite na temat projektu gazociągu polsko-litewskiego dla gazu z łupków oraz współpracy energetycznej, planując wspólne wystąpienie do UE w sprawie finansowania tego projektu gazowego.

Trudno sądzić, że strona rosyjska, tak uzależniona od kontroli nad surowcami, nie bierze pod uwagę w jakim czasie i w jakiej skali ta nowa technologia może uniezależnić niektóre kraje od rosyjskiego gazu i nie szuka metod przeciwdziałania przełamaniu tego monopolu, który pozostał po rozpadzie Związku Sowieckiego skuteczną metoda uzależnienia i nacisku politycznego na byłe państwa satelickie. Zasady tej polityki szantażu energetycznego sformułowali już w połowie lat 80. doradcy Gorbaczowa, od których nazwisk nazywano to tzw. doktryną Falina-Kwicińskiego, którą zastąpiono nieskuteczną już wówczas groźbę sowieckiej interwencji w obronie rządzących w imieniu Moskwy komunistów (tzw. doktryna Breżniewa).

Z tym łączy się nadal nieznany opinii publicznej kształt negocjowanej przez rząd polski umowy na dostawy gazu. Tu pojawia się szereg głosów niepokoju, iż umowa ta ze względu na jej warunki, czas trwania, ilość gazu, do którego odbioru możemy zostać zobowiązani, może utrudnić lub wręcz uniemożliwić inne projekty związane z próbą pozyskiwania gazu z innych źródeł.

Przypomnijmy, że w ubiegłym tygodniu Rosja zawarła umowy gazowe z Ukrainą, które wywołały protesty w tym kraju, gdyż oznaczają one de facto próbę ograniczenie suwerenności naszego wschodniego sąsiada, takie, na jakie do tej pory żaden rząd ukraiński się nie zgodził. Przypomnijmy: w zamian za obniżenie ceny gazu, na czym ze względu na obietnice wyborcze zależało nowemu prezydentowi Wiktorowi Janukowiczowi, przedłużono aż na 25 lat dzierżawę kluczowej dla strony rosyjskiej bazy morskiej w Sewastopolu na Krymie. Strona rosyjska stara się też, jak świadczą ujawnione informacje na temat przygotowywanych do zawarcia kolejnych umów,  o przejęcie kontroli nad magazynami gazu, infrastrukturą do jego przesyłu,  elektrowniami i sieciami energetycznymi oraz innymi strategicznymi dla niezależności Ukrainy obiektami gospodarczymi, jak przemysł lotniczy i stoczniowy. Sami Ukraińcy nazywają to próbą "okupacji energetycznej" Ukrainy.

Dodajmy do tego na przeciwległym krańcu dawnych "okrain" sowieckiego imperium obalenie prezydenta Kirgizji, w czym, zarówno komentatorzy jak i sąsiedzi Kirgizji widzą "rękę Moskwy", niezadowolonej ze zbyt bliskiej jego współpracy z Amerykanami, którzy założyli tu strategiczną dla operacji w Afganistanie bazę wojskową.

Wszystko to wskazuje, że "gry postimperialne" na "okrainach" b. imperium toczą się w najlepsze, a tymczasem wpływowe polskie media nakazują nam skupianie się nie na myśleniu w kategoriach spraw, od których zależy los Polski i naszego regionu, ale na płytkim sentymentalizmie, którym zatyka się usta wszystkim, którzy mają odwagę stawiać pytania o realne mechanizmy polityki i interesy. Sukcesy przywódców Rosji w tych grach, to efekt od dawna realizowanej strategii. Tu gesty w sprawie Katynia i katastrofy pod Smoleńskiem nie wydaja się zbyt wysoką ceną wobec tak strategicznych interesów, za którymi stoją kolosalne pieniądze, na których opiera się nie tylko cały budżet współczesnej Rosji, ale także jej system polityczny i dochody ludzie tworzących jego elitę.

Rozmawiał Mariusz Majewski

* dr Henryk Głębocki, historyk UJ, redaktor dwumiesięcznika "Arcana". Autor m.in. książki: Kresy  Imperium. Szkice i materiały do dziejów polityki Rosji wobec jej peryferii (XVIII – XXI wiek), Kraków 2006.

 

Zobacz także:

Katyń 2

Miliony Rosjan ogarnęła mania spiskowa. Władze są tym przerażone

"Kto przyjedzie do Rosji ze złem lub czarnym piarem, ten sam zginie"

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »