- Mamy do czynienia z kultem jednostki, lizusostwem i strachem. Szkoły, szpitale, instytucje, ulice. Decydenci takich inicjatyw mają nadzieję na "nagrodę" lub boją się, że ktoś inny ich ubiegnie. Ludzie, którzy oddają swoje głosy na takie przedsięwzięcia w jawnym głosowaniu, boją się szykan, gdyby głosowali przeciw. To kult polityczny i oportunistyczny. Obraca się w globalne kołtuństwo, bo gdybyśmy szanowali Jana Pawła II, to nie pozwolilibyśmy sobie na to, by wycierać sobie gęby jego osobą – oznajmia Hartman w wywiadzie dla portalu naTemat.pl.

 

Filozof z Krakowa (dodajmy po KUL) przekonuje też, że Polacy są heretykami. - W tym karykaturalnym kulcie papież wypiera Boga. Mamy do czynienia z kultem jednostki, co można nazwać swego rodzaju herezją. Katolicy mają czcić świętych i Maryję, ale nie kosztem Boga czy Jezusa. W przeciwnym razie jest to prymitywna religijność, oparta na samouwielbieniu człowieka. Powtarzam, to poniżające – dla religii i dla ludu. Miejmy także na uwadze fakt, że kiedyś się z tym absurdem trzeba będzie zmierzyć. Proszę sobie wyobrazić co się stanie, gdy za kilkadziesiąt lat będziemy musieli rozbierać te pomniki, zmieniać nazwy tych ulic. Młodzi nie będą chcieli tego przejąć i się z tym utożsamiać. To wywoła masę konfliktów – mówi.

 

Hartmanowi nie podoba się też, że polski katolicyzm, w odróżnieniu od niemieckiego czy francuskiego jest nie tylko żywy, ale i mocny społecznie. - Fundamentalizmu w polskim katolicyzmie jest niemało. Ma to swoje źródło w chrześcijańskim gnostycyzmie z czasów starożytnych. Gnostycy widzieli świat dwubiegunowo, czarno-biało: my – dobrzy, prawi i szlachetni, oraz oni – słudzy szatana. Stąd w chrześcijaństwie diabły i egzorcyzmy, potem heretycy, a w czasach nowożytnych – Żydzi, masoni, bolszewicy i liberałowie. Po tylu wiekach ten manicheizm wciąż się w prymitywnych formach katolicyzmu utrzymuje. Dla wielu wciąż jest fundamentem wrażliwości religijnej. Dodam też, że polska odmiana katolicyzmu jest bardzo nietypowa. Próżno szukać podobieństw na zachodzie. Jesteśmy trochę takim religijnym skansenem. To, co 50 lub 100 lat temu było normalne w Niemczech czy Francji, teraz spotykamy u nas – mówi.

 

Po obrażeniu katolików nadchodzi czas na obrażanie Polaków. - My mamy Kościół zacofany, anachroniczny, niewiele mniej pyszny i zabobonny niż ten z czasów międzywojnia. Bo też społeczeństwo jest jeszcze w dużej mierze zacofane. W wielu z nas wciąż tkwi gdzieś w środku pańszczyźniany chłop. Jego lęki i frustracje znajdują swój wyraz z zabobonnej wierze, w "samouniżeniu" przed panem-księdzem i w samouwielbieniu pod postacią ludowych świętych czy papieża. Jesteśmy wciąż społeczeństwem post-chłopskim, choć szybko się zmieniamy. Prymitywne więzi plemienno-religijne i strach przed obcymi powoli zastępowane są przez więzi etyczne, oparte na poszanowaniu prawa i państwa – podkreśla Hartman.

 

I na koniec ten nieochrzczony nawet ateista wyraża nadzieję na to, że może w przyszłości powstanie w Polsce Kościół narodowy, niezależny od Rzymu. - Żałuję, że nie potrafiliśmy podczas reformacji w XVI w. stworzyć własnej, polskiej podmiotowości religijnej, polskiego narodowego chrześcijaństwa, niezależnego od rzymskich nadzorców. Ale może jeszcze kiedyś to się stanie – podkreśla. Pomarzyć dobra rzecz. Hartman wie przecież, że Kościoły narodowe to pierwszy krok do błyskawicznej laicyzacji. I dlatego mu się one marzą.

 

TPT/naTemat.pl