Stefan Hambura: To nie walka o uzyskanie statusu, tylko o odejście od rozporządzenia Goeringa, odbierającego polskiej mniejszości jej prawa. W tym roku obchodzimy smutną, 70. rocznicę wydania tego dokumentu i jest to doskonały moment, by skończyć z konsekwencjami tej niesprawiedliwości. Zwłaszcza, że w RFN mamy teraz tendencję do rozliczania przeszłości nazistowskiej. Zrehabilitowano np. tzw. podpalacza Reichstagu, czy dezerterów z Wehrmachtu. Przywrócenie Polakom statusu mniejszości i rehabilitacja działaczy organizacji mniejszościowych doskonale wpisywałaby się w ten pozytywny proces.
Z jakich więc powodów rząd niemiecki jest niechętny do uznania Polaków za mniejszość?
Niemcy obawiają się, że za Polakami pójdą także inne grupy etniczne. Pojawia się wątek turecki – w Niemczech żyje ok. 2,5 mln Turków. Tyle, że jest istotna różnica między mniejszością polską a turecką: przed wojną nie było w Niemczech mniejszości tureckiej, a polska była, jest i będzie. Niestety, Niemcy nie rozumieją, że Polakom nie zależy na przywilejach. W rzeczywistości wyciągamy do nich rękę i pomagamy im przejść przez kładkę nad ich wstydliwą, hitlerowską przeszłością. Niemcy nie powinni więc się bać rozwiązania tej kwestii, wprost przeciwnie. Im prędzej przychylą się do wniosków Polaków, tym lepiej dla naszych wzajemnych relacji.
Jednym z argumentów przeciw dążeniom do przywrócenia Polonii w Niemczech statusu mniejszości, jest to, że większość Polaków wcale na tym skorzysta, poza częścią polskich działaczy. Dlatego, że większość Polaków mieszkających w Niemczech to obywatele Polski, a nie Niemiec.
Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że przede wszystkim tu nie chodzi o przywileje, a o symboliczny akt odejścia od hitlerowskiego rozporządzenia. Wyłączenie Polaków z zadośćuczynienia jest po prostu niesprawiedliwe. Wielu przedstawicieli mniejszości polskiej trafiło do obozów koncentracyjnych, było aresztowanych, zginęło podczas wojny. Ci, którzy nie zginęli, albo wyjechali do Polski, albo się zniemczyli. W muzeum obozu w Sachsenhausen odbywa się teraz wystawa na temat przedstawicieli mniejszości polskiej więzionych w tym obozie. Skoro prześladowania Polaków w III Rzeszy są upamiętniane, dlaczego tolerować ich konsekwencje prawne?
A co z kwestiami obywatelstwa?
Nie jest też prawdą, że mało Polaków ma niemieckie obywatelstwo. Według różnych szacunków samych tzw. „Ruhrpolen”, czyli Polaków mieszkających w Zagłębiu Ruhry, którzy pojawili się tam pod koniec XIX wieku, jest 75-200 tysięcy. Ci ludzie często nie poczuwają się do polskości. Ale przecież przed podpisaniem traktatu polsko-niemieckiego w 1991 roku wielu przedstawicieli mniejszości niemieckiej też nie uznawało się za Niemców. Wystarczy powiedzieć, że znany poseł Mniejszości Niemieckiej Henryk Kroll nigdy nie nauczył się do końca mówić po niemiecku. A jednak nikt nie zarzuca polskim Niemcom, że tak naprawdę żadną mniejszością nie są. Bo przynależność narodowa to kwestia bardzo subiektywna. Gdy pojawi się klimat do tego, nawet wielu Niemców polskiego pochodzenia może odkryć swoje polskie korzenie.
Niemiecka strona przedstawia jeszcze jeden argument prawny. Ludzie, którzy wyjeżdżali z Polski do RFN i po II wojnie światowej, np. z Górnego Śląska, czy Kaszub, i ubiegali się o niemieckie obywatelsto, musieli wykazać niemieckie pochodzenie. Teraz wielu z nich lub ich dzieci znowu poczuwa się do polskości. Ale z punktu widzenia prawnego, skoro dostali obywatelstwo na tej podstawie, dlaczego mieliby teraz uzyskać status mniejszośc polskiej?
ew. pytanie: jak duża jest skala powrotu do polskich korzeni?
Czy interesów Polaków nie można reprezentować także na podstawie obowiązującego już w Niemczech prawa, powołując się na prawa obywatelskie, niekoniecznie na przywileje mniejszości narodowej?
Były próby sądowej walki z Jugendamtami, które zakazywały rozmawiania w języku polskim rodziców z dziećmi z mieszanych małżeństw, które sie rozpadły, podczas tzw. spotkań kontrolowanych. Każda taka sprawa to droga przez mękę, często kończy się ruiną fizyczną i psychiczną dla osoby, która domaga się swoich praw. Łatwiej jest prowadzić taką walkę, gdy jest się członkiem grupy, z którą inni się liczą.
We Francji nie ma problemu z przyznawaniem, bądź nie, statusu mniejszości narodowej, gdyż tamtejsze prawo w ogóle nie uznaje ich istnienia. Jak Pan, jako prawnik, ocenia ten model?
Oczywiście, jeśli dojdziemy do ogólnego europejskiego, czy światowego konsensusu, że nie istnieje coś takiego, jak mniejszości narodowe, a w przestrzeni publicznej występujemy jako jednostki, to wtedy być może byłby to dobry pomysł. Gdybyśmy doszli do takiej zgody, to w żadnym kraju nie powinno funkcjonować pojęcie mniejszości narodowej, ale to utopia. Bo takie pomysły nie spodobałoby się innym grupom uznającym się za mniejszości. A póki wszystkie państwa nie zrezygnują z uznawania mniejszości narodowych, grupy które są mniejszościami narodowymi, nie powinny rezygnować z ubiegania się o swoje prawa.
Rozmawiał Stefan Sękowski.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »
