Mania wielkości jaka ogarnęła Lecha Wałęsę jest porażająca. Do tego stopnia, że nie wiadomo, czy śmiać się z jego wypowiedzi zakrawających bardziej na gatunek fantasy, niż sensowny opis rzeczywistości, czy współczuć przebywania w alternatywnej rzeczywistości. 

Wałęsa udzialał wywiadu w TVN, gdzie stwierdził, że chciałby przeprowadzić referendum dotyczące tego, czy Polacy zgadzają się na reformy przeprowadzane przez PiS. 

Już sam ten pomysł zakrawa na zupełny absurd. Legalnie wybrana władza realizuje swój program. Reguły demokracji chyba są jasne, referendum owszem będzie, ale za trzy lata, zwane potocznie wyborami parlamentarnymi... 

Ale to był dopiero początek pomysłów Wałęsy.

Wałęsa analizował, że władza zapewne na takie referendum się nie zgodzi, co też zaskutkować by miało "wielką demonstracją w Warszawie". Kto miałby ludzi poprowadzić na tej demonstracji? No kto? Oczywiście Lech Wałęsa. 

Dodaje przy tym, że zgromadzenie będzie to nie bylejakie, bo liczące aż 2 mln ludzi. Czemu nie 20 mln? Chyba tylko przez wrodzoną skromność wybitnego przywódcy. 

Potem zaś padły słowa kuriozum. Wałęsa stwierdził:

„Będzie ultimatum: albo się zgadzacie na demokratyczne rozstrzygnięcia, albo pomożemy wam wyskakiwać przez okna”

Tak. Albo rząd zgodzi się na demokrację rozumianą jako zrzeczenie się władzy, żeby wszystko było po staremu tak, jak chce opozycja, ale w duchu demokracji "pomożemy im wyskakiwać przez okna". Logiczne, prawda? 

Wałęsa dodawał przy tym, że co prawda nie ma zaplecza, bo "wszystko mu się rozleciało", ale chętnie podłączyłby się pod KOD i na 48 godzin przejął władzę, by zrobić porządek: 

„Powiedziałem kiedyś tak: na 48 godzin zgadzam się być przywódcą, po to, żeby ich rozliczyć, żeby pozamykać kogo trzeba za to, jak zaszkodzili Polsce”.

Dwa miliony ludzi nie może się doczekać.

daug