Monika Olejnik spytała dziś Hannę Gronkiewicz-Waltz w Radio Zet o bulwersujący atak na obraz Matki Bożej na Jasnej Gorze. Prezydent Warszawy zatrzymała się w pół zdania i nagle stwierdziła: „Właściwie w całej Europie są pewne napięcia, można powiedzieć... Nie wiem, to jest pytanie do astrologów, czy to nie są jakieś takie gwiazdy czy planety, które mają wpływ na temperamenty naszego życia. Ja czasami tak myślę, bo przecież różne zdarzenia mają miejsce też w innych krajach - dywagowała Gronkiewicz-Waltz.
Pamiętam panią Gronkiewicz-Waltz jako zaangażowaną katoliczkę, niemal wzór chrześcijańskiej postawy, nauczyciela modlitwy. Kobietę niezwykle zaangażowaną w życie Kościoła, otwarcie przyznającej się do pogłębionej wiary, czy publicznie modlącej podczas Kongresu Odnowy w Duchu Świętym na Jasnej Górze. Widziałem to na własne oczy.
Dziś zamiast solidnego wsparcia dla Kościoła, gdy ktoś podniósł rękę na Czarną Madonnę, słyszymy jej dystans do całego haniebnego zdarzenia. Przecieram oczy ze zdumienia. Dziś sugeruje, aby pytać astrologa. Astrologa?!
Polska potrzebuje modlitwy, politycy potrzebują modlitwy, redakcja Frondy.pl, ja również... Poprzez wypowiedź u Olejnik widzę jak łatwo zaprzeczyć wierze, mimo tak ważnych tradycji rodzinnych i własnych religijnych doświadczeń. A może polityk musi mieć dwa oblicza? Może tak bardzo trendy jest dziś wypierać się publicznie wiary w Boga i krytykować księży? Schodzić tylko do takiego poziomu? Bronię się przed takim myśleniem, ufam, że pani Hanna pisała kiedyś szczerze, że dzieliła się tym, co było istotą jej życia.
Pani prezydent, rozumiem, że można służyć partii do upadłego, ale są jednak sprawy ważniejsze.
Polecam lekturę tekstu Hanny Gronkiewicz-Waltz pt: „Przebudzenie z duchowej drzemki”, opublikowanym w „Znaku” w 1997 r.
W świat modlitwy wprowadzali mnie dziadkowie, ponieważ rodzice, przeprowadzając się do Warszawy (gdzie przez wiele lat nie mieli własnego mieszkania), oddali mnie do Płocka "na wychowanie". Ich religijność była tradycyjna, lecz bardzo żywa, co cechowało chyba ich pokolenie - w generacji rodziców nie dostrzegałam już takiej żarliwości. Najpierw bacznie ich obserwowałam, potem Babcia uczyła mnie pierwszej modlitwy. Pamiętam, że dziadek codziennie odmawiał różaniec, co wiązało się z jego przeżyciem z I wojny światowej. Gdy raniony w nogę stracił przytomność, ukazała mu się Matka Boska, która powiedziała, że jeśli będzie wytrwale szedł, trafi do domu i będzie długo żył (zmarł w wieku 83 lat). Najmocniejszym jednak wrażeniem, które pozostało mi z dzieciństwa, jest wspomnienie chwil spędzonych z dziadkiem w Katedrze Płockiej. Miał on zwyczaj w trakcie spaceru wstępować do Katedry na pacierz. Oczywiście najpierw siedziałam tam, wiercąc się ze zniecierpliwieniem, w pewnym momencie jednak nie pozostawało mi nic innego, jak zacząć się modlić. Dlatego zapewne, dość nietypowo, dobra modlitwa nieodłącznie kojarzy mi się z wielkimi kościołami, z dużą przestrzenią.
Przez długi czas modliłam się spontanicznie. Pod koniec liceum przeżyłam krótki okres oziębłości religijnej. W czasie studiów miałam przerwy w przystępowaniu do sakramentu pokuty. Nigdy jednak nie zaprzestałam modlitwy - traktuję to jako pewną łaskę. Choć nie przystępowałam do eucharystii, a może nawet czasem opuściłam niedzielną mszę, zdarzało mi się wstępować do kościoła w dni powszednie; tłumaczyłam sobie, że wtedy jest mniej tłoczno i łatwiej się skupić. Religijne ożywienie przeżyłam, gdy wyszłam za mąż po drugim roku studiów, ale prawdziwy przełom nastąpił po zetknięciu się z ruchem Odnowy w Duchu Świętym.
Z Odnową spotkałam się w latach 80., tuż po stanie wojennym. Wtedy dopiero poprzez modlitwę wspólnotową, katechezy o modlitwie indywidualnej, rekolekcje, a w końcu "rekolekcje ignacjańskie" odkryłam głębszy wymiar wiary. Sposób kontaktowania się z Bogiem w istotnej mierze wówczas się nie zmienił (myślę, że jest to cecha osobowości). Zawsze miałam żywą wiarę i przekonanie, że jeśli się pomodlę, to Bóg mnie usłyszy, choćbym przez długi czas milczała - nigdy nie wahałam się, czy wypada mi się "przypomnieć". Jestem typowym przykładem postawy "jak trwoga, to do Boga" - w najważniejszych momentach życia zawsze powierzałam swe decyzje Panu. Moja modlitwa jednak stała się inna. Pamiętam, że tuż przed spotkaniem z Odnową poszłam do spowiedzi i mówiłam o moich trudnościach z rozmową z Bogiem. Ksiądz powiedział mi wtedy: "Dziecko (chociaż nie byłam już dzieckiem), masz dobre chęci, ale nie znasz metody." I właśnie w Odnowie odnalazłam metodę.
Pod wpływem Odnowy zmieniały się moje wyobrażenia Boga. Wcześniej zwracałam się przede wszystkim do Boga Ojca. Do Jezusa zbliżyłam się już w Odnowie. Poznając Go przede wszystkim dzięki lekturze Pisma Świętego, zdałam sobie sprawę z odrębności sakramentu eucharystii od sakramentu pokuty. Wcześniej uznawałam, że trzeba się iść wyspowiadać, by przyjąć Jezusa. Eucharystię traktowałam jako element zbliżenia do Chrystusa, a nie kontakt z Jego Osobą. Odkryłam też oczywiście moc modlitwy do Ducha Świętego, choć nie potrafię jej dokładnie opisać. Tłumaczę sobie bardzo prosto, że jak pomodlę się do Ducha Świętego, to mam lepszy kontakt z Jezusem.
Dzięki rekolekcjom poświęconym uzdrowieniu wewnętrznemu dostrzegłam w sobie lęk przed Bogiem, którego wcześniej nie byłam świadoma. Dlatego "rekolekcje pogłębiające" nazywaliśmy często "rekolekcjami pognębiającymi". Jak się okazuje, rzadko się zdarza, żeby ktoś pozbawiony był takiej trwogi (dzieje się tak tylko z tymi, którzy od dzieciństwa byli wychowywani w przeświadczeniu, że Bóg jest miłością). Uświadomiłam sobie zatem, że bałam się Boga (choć nie było to uczucie paraliżujące), odkryłam w sobie wątpliwość - czy Bóg mnie kocha, skoro grzeszę?
W ruchu Odnowy dostrzegłam siłę modlitwy wspólnotowej. Właśnie ona pomogła mi przezwyciężyć mój lęk. Od pierwszych kroków w Odnowie, a także potem, gdy w mojej parafii byłam jedną z osób zakładających grupę modlitewną, nie wyobrażałam sobie życia bez modlitwy wspólnotowej. Od kiedy zostałam Prezesem NBP, musiałam pogodzić się z poważnym jej ograniczeniem. Kiedy spotykam koleżanki z mojej wspólnoty, mówią mi zawsze: "Przyjdź koniecznie! Nam to jest potrzebne!" Odmawiam z przykrością, ale nie mogę pogodzić spotkań z moimi obowiązkami.
Odnowa służy przede wszystkim "przebudzeniu", a potem wskazuje drogę formacji, która najczęściej jest już nie tylko formacją odnowową - jest czymś o znacznie starszym rodowodzie. Dzięki niej odkrywa się, że modlitwa nie ma nic wspólnego z tym, co odczuwamy. Formacja pokazuje, że uczucia mogą być złudne. Na początku miewałam wrażenie, że się dobrze pomodliłam, ale potem przyszły trudniejsze okresy. Wtedy Bóg prowadzi każdego indywidualnie, dając mu od czasu do czasu wzmacniające "cukierki". W Odnowie zatem dzięki modlitwie wspólnotowej pogłębiona zostaje modlitwa indywidualna. Są one jednak nierozłączne - jedna nie zastąpi nigdy drugiej.
Moim marzeniem jest modlić się tak jak w czasie rekolekcji, kiedy wyznacza się czas na przygotowanie, rozwinięcie, zakończenie medytacji. W życiu to jednak nie zawsze wychodzi. Dlatego jedyne, do czego przywiązuję wagę podczas modlitwy, to wyciszenie - staram się nie przystępować do modlitwy z marszu.
Moja modlitwa to codzienny rachunek sumienia (15-20 minut), który jest nie tyle "rozliczeniem", co refleksją nad tym, czy mijający dzień przeżyłam z Jezusem. Istotne miejsce w niej zajmuje dziękczynienie. Raz na tydzień lub, jeśli okoliczności na to pozwolą, częściej przez około 45 minut odbywam medytacje lub kontemplacje (nierzadko z Pismem Świętym) – pisze Hanna Gronkiewicz-Waltz.
Jarosław Wróblewski/Radio ZET/Znak
