Początek rozmowy Gretkowskiej z Najsztubem to, co właściwie chyba nikogo nie zdziwi, biadolenie na nasze polskie zacofanie. „Dlatego myślę, że Europa jest po to, by po prostu rządzić Polakami, nakazywać wspólną walutę, naprawić oświatę, pilnować przestrzegania prawa”.

 

„Chciałabyś nas tak oddać w jasyr?” - dopytuje z udawanym niedowierzaniem Najsztub.

 

„Tak, bo wtedy wypędzono by tę ciemnotę ze szkół i głów, a Polacy przestaliby w kółko pieprzyć o tym, co mają, czyli o oscypkach i moralności. Szczególnie że o moralności nie za bardzo mamy pojęcie, a o tym jakie są cywilizacyjne osiągnięcia zachodu Europy, w ogóle nie mamy pojęcia. Podobnie jak o serach” - zapewnia pisarka.

 

Jak Gretkowska chciałaby zastąpić ciemnych Polaków wersją bardziej oświeconą? Ano, pracą od podstaw. Czyli edukacją od najmłodszych lat, a raczej tłuczeniem do małych główek jakiejś pseudoideologii, w ramach której można wierzyć we wszystko, w UFO, wróżki albo Buddę i każde to wierzenie jest sobie równe, zaś poglądy wymieszane z wierzeniami nie mogą nami rządzić.

 

Póki co jednak ta dziejowa zmiana polskiej mentalności nastąpić nie może, a winne temu są... - jak zauważa pani Gretkowska, podręczniki do przyrody. „Otwieram na lekcji o ludzkich narządach rozrodczych i co widzę? Narysowane narządy męskie, z dokładnym opisem penisa, mosza i jest też opis ciąży, bardzo dokładny, jak te plemniki idą jajowodami, etc.”

 

„Niech zgadnę... Nie ma słowa o łechtaczce?” - czyta w myślach pisarki redaktor Najsztub. „Ani słowa, nie ma szczegółowego rysunku narządów kobiety, są tylko wargi sromowe mniejsze! Nie ma wejścia do pochwy, nie wiadomo, jak te plemniki się dostają do jajowodów! Uchem? Bo na religii dzieci słyszą, że Matka Boska została zapłodniona przez Gabriela informacją... I broń Boże łechtaczką, bo jeszcze dziewczyna sobie krzywdę zrobi przyjemnością. I tak uczymy hipokryzji!” - ocenia z niekłamaną zgrozą Gretkowska, osiągając tym samym taki poziom absurdu, że nawet trudno to komentować. Ale autorka znana ze swoich książek pełnych pensjonarskich opowieści o seksie dalej brnie w absurd. „Sarmacica ma macicę po to, żeby rodzić nowych sarmatów, którzy pod wąsami będą coś bełkotać o jakichś wartościach, które trudno udowodnić i zastosować”.

 

„Ale dzięki tym wartościom jako naród przetrwaliśmy, tylko dzięki nim!” - oponuje Najsztub. „Dzięki tym wartościom giniemy jako naród!” - ocenia jednak Gretkowska i w dowód tego przytacza historię Słowian połabskich.

 

Gretkowska wypowiada się także na temat premiera Tuska. Choć nie zamierza mu dziękować za rzucane kobietom „ochłapy”, to jednak uważa go za „znakomitego polityka, polskiego Franciszka Józefa, który ma politycznie jego żywotność”. I roztacza nad Polską świetlaną, czy może raczej różową przyszłość, kiedy do Sejmu połączone z Palikotem pod wodzą Henryki Bochniarz wejdą kobiety (tu należałoby uściślić: feministki) i zaprowadzą swoje feministycznie porządki. Gretkowska naprawdę wierzy, że tak może się stać, ale na wszelki wypadek jeszcze nieco straszy, co będzie, jeśli Polska nie zreformuje się po jej myśli. „Do rzeki Odry nie wolno się wyskrobać, „życie jest święte”, a za rzeką już można! Niektórym to zniewolenie daje poczucie wyższości, że u nas chrześcijaństwo i wartości...”.

 

Szczerze mówiąc, to mnie jako kobiecie, do szczęścia wcale nie jest potrzebna żadna Partia Kobiet (i to w dodatku dostająca się do Sejmu na fali Ruchu Palikota) i nie życzę sobie, by taki ktoś, jak „wiecznie młoda Manuela” (copyright by „Uważam Rze”) uzurpowała sobie prawa do reprezentowania polskich kobiet, w tym także mnie. Szczytem moich marzeń nie jest to, aby od wschodniej granicy Odry, tak jak po drugiej stronie rzeki, można było „się wyskrobać”. Podobnie jak nie jest moim marzeniem to, aby moje dzieci uczyły się z podręczników od przyrody czym jest łechtaczka i jak zakładać prezerwatywę (nauczą się tego w swoim czasie, czyli na lekcjach biologii w gimnazjum). Ja naprawdę mam gdzieś cały ten Kongres Kobiet. Czy one kogokolwiek prosiły o zdanie polskich kobiet w tej materii? Czy od kogokolwiek dostały mandat, by nazywać się naszymi reprezentantkami? Ano nie. Dzięki Bogu, kanapowa partyjka, która bardziej przypomina towarzystwo wzajemnej adoracji mandatu nigdy nie dostała i najpewniej (przynajmniej takie mam marzenie) nie dostanie. Bo szczerze ufam, że mało która Polka naprawdę chce by w Sejmie reprezentowały ją wrzeszczące feminazistki, które w kółko chrzanią o wyzwoleniu łechtaczki, chcą legalnego zabijania dzieci i walczą z facetami, jednocześnie podniecając się książeczkami w stylu „Transu” czy „50 twarzy Greya”.

 

A na sam koniec, jeszcze cytat-perełka z Gretkowskiej, tak ku pokrzepieniu (feministycznych) serc: „Jestem antychrystem, który wieszczy, że idziemy ku zagładzie demograficznej, bo Polaków zawsze pociągało „nie”, tak jak liberum veto, nie-byt, nie-bo”.

 

Marta Brzezińska