- Sam nigdy nie ćwiczyłem jogi, ani nie medytowałem, czego żałuję – przyznaje przywódca konserwatystów w PO i czołowy inteligent w partii. Nie medytuje, ale za to w inny sposób ćwiczy koncentrację. - To bardzo pomaga w polityce. Myślę, że gdybym ćwiczył wolę za pomocą sprawdzonych, a nie domorosłych technik, to może nie wkładałbym dłoni w skałę, ale zginanie łyżeczek nie byłoby problemem – mówi Gowin.
Duchowy uczeń ks. Tischnera jest wyjątkowo zafascynowany możliwościami, które tkwią w ludzkiej woli: - Wyjdę na kompletnego oszołoma, ale powiem to ze stuprocentową powagą i przekonaniem. Mam zaprzyjaźnionego profesora, wybitnego fizyka, który jest buddystą. Potrafi siłą woli, dotykając ręką "zdjąć ból". Opowiadał mi, że jego zaprzyjaźnieni mnisi tybetańscy siłą woli wkładają dłoń w skałę. Jestem święcie przekonany, że człowiek ma takie możliwości – opowiadał "Wprost".
Krakowski polityk opowiada też o tym, jak zaangażował się w politykę, o wychowaniu na wsi i o tym, jak to na jednych dożynkach z dwoma gospodarzami "pociągał z butelki". Polityk nie musi jednak raczyć się alkoholem w sytuacjach stresowych. Skąd jego spokój? Z "ćwiczeń duchowych", które Gowin wykonywał z powodu nadpobudliwości.
- Gdy byłem u lekarza, siedząc, machinalnie kiwałem nogami. Powiedział mi żebym tak nie robił, bo jest to oznaka nerwowości. Wtedy postanowiłem, że zapanuję nad tym odruchem – zwierza się Gowin. To wtedy uświadomił sobie, że w człowieku istnieje "ocean woli", z którego człowiek wykorzystuje tylko odrobinę.
mm
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

