"- Gowin wyrasta na człowieka numer dwa w Platformie - wieszczył niedawno w "Polsce" sympatyzujący z PiS Artur Balazs. Tę melodię podchwyciła od razu partia Jarosława Kaczyńskiego, chętnie rzucają też takie sugestie ziobryści. Pojawiła się też w tych kręgach teoria, że Gowin gra na założenie własnej partii, która miałaby być jakąś alternatywą dla posmoleńskiej prawicy i jednocześnie wymontowałaby tzw. prawe skrzydło Platformy.  Spiskową rolę Gowina w PO widzi też oczywiście Janusz Palikot. Najpierw nazywał go "agentem Kościoła katolickiego" i publicznie pytał, czy minister sprawiedliwości jest członkiem Opus Dei.

 

Wszystko zmieniło się po zaskakującej dla niemal wszystkich decyzji szefa Platformy Obywatelskiej i starego-nowego premiera po wyborczym zwycięstwie. Jarosław Gowin, zamiast wylądować na wygnaniu w fotelu trzeciego zastępcy szefa Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych , został szefem jednego z trudniejszych resortów. Według teorii makiawelicznej miał to być ostateczny strzał Tuska w schetynowców, odcięcie ich od wsparcia konserwatywnej grupki Gowina. Według teorii mniej makiawelicznej - Tusk zamierzał po prostu zamienić Gowina z dysydenta we frontmana. Ostatnio sięgnął po obelgi, nazywając Gowina "katolicką ciotą". Wśród znających Gowina polityków Platformy wywołało to rozbawienie, bo jak mówili, trudno o mniej celny epitet.

 

Palikot, atakując bezpardonowo Gowina, kolportuje jednak także wersję o poważnych - i rzecz jasna zagrażających samemu Tuskowi - ambicjach politycznych szefa resortu sprawiedliwości. - Janusz robi to, bo doskonale wie, że to może jakoś podziałać na Tuska. Polityczne zniszczenie Gowina byłoby zaś dla Palikota bardzo cenne - to przecież konserwatyści w PO stanowią zaporę przed ewentualną koalicją z Ruchem Palikota - tłumaczy jeden z polityków Platformy. Palikot widzi więc w Gowinie przeszkodę na drodze do władzy, zrobi, co tylko będzie mógł, by mu zaszkodzić. Z kolei niektórzy publicyści - od Pawła Wrońskiego z "Gazety Wyborczej" po ostrych prawicowców zresztą - przytaczając przykłady Lecha Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry, piszą o roli trampoliny, jaką może odegrać w przypadku zorientowanego na prawo polityka funkcja ministra sprawiedliwości. Tak jakby chcieli przestrzec Donalda Tuska przed rosnącym w siłę wewnątrzpartyjnym konkurentem.



Właśnie takimi platformerskimi pocałunkami śmierci zdają się być także płomienne pochwały wygłaszane pod adresem Gowina przez prawicowych publicystów i polityków. - On jest jednym z dwóch ministrów, którzy pokazują, że o coś walczą, że chcą coś zmieniać, że mają cel. To powoduje, że minister sprawiedliwości urasta na jedną z najbardziej znaczących postaci w Platformie, a nawet nie tylko w Platformie - mówił portalowi Stefczyk.info Bronisław Wildstein. Całkiem niedawno zaś politycy Solidarnej Polski zaczęli mówić o heroizmie Gowina i zapraszać go do swego klubu.

 

To wszystko wydaje się próbami znalezienia właściwej dla danych środowisk reakcji na diametralną zmianę pozycji Gowina w Platformie. Dopóki był smutnym panem od in vitro i wewnątrzplatformerskim konserwatywno-katolickim dysydentem - lubianym przez media, ale o niezbyt znaczącej sile w partii - idealnie wpisywał się w przekaz zarówno prawicy, jak i lewicy. Politycy PiS i PJN mogli kiwać głową na wieść o jego kolejnych krucjatach, zapraszać go do swych partii i na jego przykładzie wskazywać, jak ponury jest los prawego skrzydła w Platformy. Lewica mogła zaś straszyć nim swych wyborców bardziej niż posłanką Anną Sobecką. I w jednym, i w drugim przypadku Gowin był idealnym celem do bicia w Platformę i Donalda Tuska. Gdy dodamy do tego jego datowany na drugą połowę poprzedniej kadencji cichy sojusz z frakcją Grzegorza Schetyny, widzimy wyraźnie, że i krokodyle łzy wylewane nad Gowinem przez prawicę i wściekłe ataki Palikota miały swego czasu określony sens. I niemal zawsze rykoszetem miały trafić w Tuska" - pisze Głowacki.

 

Całość:Jarosław Gowin błędny żywot Krzyżowca czy służba cesarzowi

 

JW/Polskatimes.pl