Przez ostatnie trzy lata piarowcom Platformy i sprzyjającym im autorytetom medialnym udało się zaszczepić u wielu Polaków przekonanie, że popieranie PiS jest obciachem i wykluczeniem się ze wspólnoty ludzi światłych. Kaczyńskiemu podczas tej kampanii udało się jednak przełamać ową mentalną barierę w publicznej świadomości i zerwać przyklejoną mu gębę polityka zgranego, którego czas już minął.

Z pewnością wielki wpływ miała na to tragedia smoleńska, która unieważniła wiele z tego, co działo się na polskiej scenie politycznej. Lider PiS trafnie odczytał nastroje społeczne i w zbiorowej wyobraźni dużej części naszych rodaków znów pojawił się jako mąż stanu. Kapitał społecznego zaufania, jaki zebrał podczas tej kampanii, może procentować podczas najbliższych wyborów samorządowych, a zwłaszcza parlamentarnych. Te ostatnie bowiem, bardziej niż elekcja prezydencka, dają realną władzę w państwie. Jarosław Kaczyński jako prezydent nie mógłby już zostać premierem. W tej chwili taka sytuacja nie wydaje się niemożliwa.

A jest to tym bardziej prawdopodobne, że Platforma Obywatelska, która przejęła pełnię władzy w państwie, nie  będzie mogła zrzucać wszystkich swoich porażek i zaniedbań – tak jak było do tej pory – na brak współpracy ze strony prezydenta i groźbę jego weta. W expose premiera Tuska z 2007 roku znalazło się 196 obietnic. Ile z nich zostało spełnionych? Z tego wszystkiego PO będzie musiała zdać sprawę podczas najbliższej kampanii.

Wiele wskazuje też na to, że zwycięstwo w wyborach prezydenckich może przyspieszyć proces kruszenia jedności wewnątrz partii. Pojawi się bowiem nowy konkurencyjny wobec premiera ośrodek władzy w obrębie Platformy. Już w tej chwili widać, że większość skonfliktowanych z Tuskiem polityków PO pożeglowała w stronę nowego prezydenta. Wystarczy przypomnieć casus SLD, który wydawał się monolitem, a zaczął rozpadać się, gdy sięgnął po pełnię władzy. Dziś przyjaźń między Tuskiem a Schetyną jest nie mniej szorstka niż niegdyś między Millerem a Kwaśniewskim. Muszą zostać jednak spełnione pewne warunki, by tarcia te wykroczyły poza zamknięte partyjne pokoje.

Przed Platformą stoi jeszcze jedno wyzwanie. Lord Acton pisał, że każda władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie. Monopol władzy jest pokusą, której nie oparło się wielu. Los wspomnianego już SLD jest chyba najlepszą przestrogą na naszym polskim gruncie. Gdy w 2001 roku partia Leszka Millera zdobyła 41 proc. głosów i miała swojego prezydenta wybranego już w pierwszej turze rok wcześniej – wytrawni politolodzy przewidywali, że porządzi ona bez problemów przez osiem, a nawet dwanaście lat...

Do tej pory przyszłoroczne wybory parlamentarne jawiły się – według większości sondaży i prognoz komentatorów – jako spacerek dla Platformy. PO miała w nich zdobyć dwa razy więcej głosów niż PiS i bez trudu kontynuować swe rządy. Wynik elekcji prezydenckiej wskazuje jednak, że walka będzie zacięta i każdy rezultat jest możliwy.

Grzegorz Górny

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »