I to nie dlatego, że wojna nie została wypowiedziana przez chrześcijan artystom, ale przez artystów chrześcijanom. Protesty były odpowiedzią na ewidentne bluźnierstwo i celowe prowokowanie ludzi wierzących. Wypowiedź minister kultury jest jednak fałszywa także z innego powodu. Otóż teatr, a mówimy przede wszystkim o teatrze współczesnym, wojny z ludźmi wierzącymi, a szerzej z religią potrzebuje. Bez niej zdycha.

Powód jest zaś niezmiernie prosty. Współczesna kultura, nowoczesny teatr nie opiera się już na wartościach piękna, prawdy i dobra, a główną przestrzenią jego działania jest dekonstrukcja, destrukcja i niszczenie wartości. Metodą jest zaś prowokacja. A jako, że jedynym żywym, a jednocześnie nie stabuizowanym przez polityczną poprawność przedmiotem ataku jest religia i Kościół, które z jednej strony są żywe i dynamiczne, a z drugiej można je atakować bez ryzyka wykluczenia z debaty publicznej, to i „sztuka”, która z nim walczy jest jedyną, która zachowuje jakieś życie.

„Golgota Picnic” jest tego zresztą znakomitym przykładem. Od wielu już lat żadna polska sztuka nie wywołała debaty, ani skandalu. Pies z kulawą nogą nie zajmował się kolejnymi sztukami naszych „artystów”... I dopiero ewidentne (bo słabszych, mniej agresywnych ataków na Kościół było już wiele, ale jak dotąd nie atakowano tak wprost Jezusa Chrystusa) bluźnierstwo ożywiło przestrzeń debaty kulturalnej. Niestety jest to dowodem na to, że „sztuka współczesna” zdycha i że jedynym, co może ją ożywić jest religia...

Szkoda tylko, że artyści zamiast wyciągnąć z tego wnioski i zabrać się za współdziałanie z Kościołem, za przejmowanie motywów i próbę ich uwspółcześniania, a także konstruowania z nich odpowiedzi na rzeczywistość, zajmują się jedynie ich niszczeniem. Ratunkiem dla sztuki nie jest bowiem bluźnierstwo, ale sacrum i szacunek dla niego. Bez tych dwóch elementów sztuka zdechnie, i nawet bluźnierstwo jej nie uratuje.

Tomasz P. Terlikowski