Dariusz Barczewski: „Demokrator” to zjawisko cokolwiek niezwykłe na rynku polskim. Takiej książki jeszcze nie było. Dobrze, że już jest, ale jak to się stało, że powstała?

Piotr Gociek: Jeśli tak uważasz, to już jest dla mnie niesamowity komplement. Z drugiej strony to nie jest tak, że siadłem do pisania, myśląc „a teraz napiszmy coś niezwykłego”. Na początku miałem w głowie tylko ogólny zarys świata, bohaterów i fabuły, a dopiero potem zacząłem zastanawiać się, jakim stylem całą historię opowiedzieć. Trochę ten styl podkradłem z literatury rosyjskiej, a trochę wymyśliłem. Myślę, że dziś wielu autorów nie docenia wagi języka opowieści, który jest niesłychanie potężnym narzędziem. Zapanowała moda na takie „przezroczyste” pisanie, skopiowane z bardzo średnich bestsellerów amerykańskich – chodzi niby o to, by styl nie przeszkadzał w szybkim i bezbolesnym chłonięciu fabuły. Moim zdaniem dobra książka wymaga czegoś więcej. A już najbardziej ponure jest to, że kiedy czyta się niektóre (czasem całkiem poczytne) pozycje, to człowiek odkrywa, że napisane są stylem i zasobami językowymi średnio rozgarniętego licealisty.

 

Co do okoliczności powstania „Demokratora” – zaczęło się od całkowicie autentycznej notatki PAP z kwietnia roku 2003 o pewnym wydarzeniu, które miało miejsce w Rosji. Notatka była autentyczna, ale co do prawdziwości wydarzenia sam się do dziś zastanawiam – może to był spóźniony prima aprilis? A potem już poszło – raz uruchomionego procesu myślenia nie da się zatrzymać. Im dłużej myślałem, tym bardziej cała historia pączkowała w stronę metafory, zabawy literackiej, przewrotnego hołdu, a jednocześnie zmagań z rosyjską tradycją literacką. I jednocześnie robiła się coraz poważniejsza. Im poważniejsza się kroiła, tym bardziej śmiesznie chciałem ją napisać, żeby nie zanudzić i nie zmęczyć czy odstraszyć czytelnika. Efekt finalny także dla mnie był pewną niespodzianką. Myślę że wyszła książka i zabawna, i dająca do myślenia. A tak między nami – ja także po prostu uwielbiam bawić się słowami, więc wiele tej roboty było czystą przyjemnością i błazenadą.

 

Możesz zdradzić co to była za notatka?

Znajdziecie ją na końcu „Demokratora”. Chodzi o pewnego bardzo niezwykłego młodocianego wynalazcę, który ponoć objawił się w Rosji w owym czasie. Skopiowałem tę depeszę PAP, bo wydała mi się wyjątkowo osobliwa i nie wyszła już nigdy z mojej głowy. W przeredagowanej wersji redaktorka „Demokratora” znalazła ją w archiwalnych doniesieniach niektórych portali – więc mi się nie przyśniła.

 

Oczywistym sposobem odczytania „Demokratora” jest dostrzeżenie w nim krzywozwierciadlanej opowieści o Związku Radzieckim (który jest przecież krzywozwierciadlanym odbiciem potencjalnie każdego normalnego państwa) i – w zakresie mniejszym – o obu Rosjach (przedradzieckiej i postradzieckiej). Na tym jednak nie koniec. Które z wielu ukrytych denek powieści jest ulubionym dzieckiem Piotra Goćka?

Związek Sowiecki – nie używajmy dziwacznego peerelowskiego słowa „radziecki” – nie był ani normalnym państwem, ani nawet odbiciem takiego państwa w krzywym zwierciadle. Było to państwo stworzone przez jednych z największych zbrodniarzy w historii – Lenina, a potem Stalina. Polska ma tego pecha, że zanim zaczęła mieć problem z agresywnym sąsiedztwem Związku Sowieckiego, miała przez stulecia problem z sąsiedztwem Rosji. Współczesna Rosja Putina jest takim przedziwnym konglomeratem tradycji carsko-imperialnych, sowieckich i marzeń o nowoczesności. W „Demokratorze” na pewno widać ten splot, bo faktycznie tym się inspirowałem. Ale jednocześnie paliwem do pisania o Gorodopolis i wymyślenia całego świata był gigantyczny wszechświat rosyjskiej literatury. Także tej pisanej w Związku Sowieckim – od socrealistycznych powieści po tamtejszą fantastykę. Od Bułhakowa po Strugackich, od Ilji Warszawskiego po Wiktora Pielewina. Lecz nie tylko. Zwróć uwagę, że sporo grepsów związanych z robotem POKUTĄ czy naukowych żarcików to są klimaty z „Cyberiady” Stanisława Lema.

 

Cały czas mówimy jednak o opakowaniu. Wydaje mi się, że to, co w ”Demokratorze” jest najważniejsze, widoczne jest niezależnie od literackich kostiumów i zabaw, które stosuję. To pytanie „co zrobiliście ze swoją wolnością?”. W świecie Gorodopolis – tak jak w naszym świecie – króluje manipulacja, króluje władza, która gotowa jest zrobić ze swoimi obywatelami wszystko (dosłownie wszystko), wmawiając im, że to dla ich dobra. Kiedyś służyły do tego gułagi, dziś socjotechnika. Ale wciąż chodzi o to samo – żeby ludzi pozbawić wolności. Lekcja z „Demokratora” jest też i taka, że nie da się zniewolić ludzi, którzy nie chcą być zniewoleni. Kto dba o swą wolność, ceni ją, chroni ją, walczy o nią każdego dnia – tylko ten jest wolny. Kto z tego trudu rezygnuje, ten staje się niewolnikiem.

 

A jednak, Związek Radziecki / Sowiecki bardzo starał się, by na płaszczyźnie oficjalnej przypominać normalne państwo z normalnymi obywatelami. Nawet Tysiącletnia Rzesza nie dbała aż tak bardzo o propagandę, mało tego, o ile Hitler budował swój potencjał polityczny na nienawiści wobec grup społecznych i etnicznych, Stalin stroił się w piórka ofiary i obrońcy pokoju. Czy Twoim zdaniem w tym właśnie tkwi sekret niezwykłej popularności tego zbrodniczego i totalitarnego reżimu?

To jest dobre zdefiniowanie problemu. Świetnie widać to w monumentalnej (acz nie wolnej od błędów) książce Allana Bullocka „Hitler i Stalin: żywoty równoległe”. Obu dyktatorów łączyło bardzo wiele, różniło przede wszystkim to, że Hitler chciał robić złe rzeczy i głośno zapowiadał, że będzie je robił. Stalin też chciał robić złe rzeczy, ale mówił, że chce czynić dobre. Ale pamiętaj, że sowiecki zbrodniarz także ma wielki dorobek, jeśli idzie o szerzenie nienawiści do grup społecznych i etnicznych. W wielkiej utopii komunizmu nie było miejsca dla narodów – tylko dla nowego „wszechświatowego” człowieka bez ojczyzny, bez religii, bez tradycji. Człowieka w stu procentach komunistycznego.
„Demokrator” też jest przypowieścią o totalitaryzmie – śmiem twierdzić, że przypowieścią wisielczo zabawną – ale miksuję w nim stare i nowe metody kontroli. Stare to pałka w pysk, obóz pracy, długi wyrok za nieuważne zdanie czy dowcip. A nowe to wszędobylskie systemy zbierania danych, to pranie mózgu przy pomocy wszelkich możliwych najnowszych technologii, to oszałamianie wyzwalającym rzekomo dobrobytem entertejnmentowym i inżynieria strachu.

 

Czemu Twoim zdaniem powinno się pisać o totalitaryzmie, skoro dla potencjalnie dużej liczby czytelników słowo to jest hasłem historycznym, krzyżówkowym?

Cóż, to ta duża liczba czytelników ma spory problem. Może oni nie interesują się totalitaryzmem, ale totalitaryzm interesuje się nimi. Wydaje im się, że skoro w telewizji są kolorowe seriale, w hipermarketach tysiące towarów, a raz na cztery lata można zagłosować na jakiegoś pajaca to znaczy, że są bezpieczni? Że ktoś dał im wolność na zawsze? W wielu miejscach naszej planety trwają intensywne prace nad tym, jak połączyć gospodarkę dobrobytu z perfekcyjną kontrolą, nowoczesne technologie z opresją. Popatrz na Chiny, na Singapur, na Rosję, na niektóre kraje arabskie. Nowoczesny totalitaryzm jest za rogiem. Wolności trzeba bronić. Z każdą medialną płukanką mózgową, którą sobie zafundujemy, będziemy mniej na to przygotowani. Ceną wolności jest wieczne czuwanie. Kurt Vonnegut jr pysznie porównał pisarzy do kanarków w kopalni. Kiedyś zabierało się pod ziemię te ptaszki, żeby ostrzegały przed gromadzącym się gazem. Lubię to porównanie. Dziś w cenie zamiast kanarków są pawie i papugi. Ja nie będę wychwalał kierunku, w jakim zmierza świat, żeby mnie w nagrodę zapraszano do telewizyjnych tok-szołów opowiadać, jak jest fajnie na najlepszej planecie po słońcem. Zostanę sobie przy cytacie z Tadeusza Borowskiego: że trzeba mówić światu „nie”. „Gdy poeta powie światu tak, to ktoś jest winny: poeta albo świat”.

 

W „Demokratorze” dostrzec można nawiązania do „Mistrza i Małgorzaty” (jest nawet parafraza mojego ulubionego cytatu z tegoż utworu) oraz do historii guslarskich Bułyczowa. Które z tych dzieł – o ile w ogóle – stało się najważniejszą inspiracją dla Ciebie?

Dotknąłeś tematu-rzeki. Tych odniesień, parafraz, zabaw cytatami, polemik, przekręceń, zabaw słowami jest tyle, że żeby wszystkie objaśnić musiałbym chyba napisać drugą książkę podobnej objętości. Pisarz jest jak gąbka: chłonie otaczający go świat, nasiąka lekturami, rozmowami, filmami, wierszami, melodiami. Cała rzecz w tym, żeby starać się świadomie panować nad materią i zaprząc ją do własnego powozu. Z jednej strony wszystkie te elementy pomogły mi uwiarygodnić świat, który jest parodią i polemiką z pewną tradycją pisania sowieckiego i rosyjskiego. Z drugiej starałem się unikać zabawy dla zabawy albo grepsów w sposób zbyt oczywisty nachalnych. Na przykład miałem początkowo napisaną zupełnie inną wersję rozdziału, w którym oddział Czarnych Wdów dokonuje ataku na szkołę w Karakalnych Wodach. Był to wtedy kawałek bardzo precyzyjnie odtwarzający (lecz i miksujący) dwa wydarzenia prawdziwe: atak na Mineralnyje Wody oraz atak komanda Mowsara Barajewa na teatr na Dubrowce. Potem ta moja paradokumentalna narracja nagle zamieniała się w symboliczną: jedna z bohaterek „Demokratora” – Tatiana – odkrywała w sali gimnastycznej dziesiątki trupów, a każdy z nich nosił nazwisko znanego bohatera z rosyjskiej klasyki. Takie symboliczne wykończenie tradycji klasycznej. Ale wyrzuciłem ten rozdział, bo był zanadto łopatologiczny. Napisałem dwie czy trzy nowe wersje, zanim trafiłem na właściwy ton. Jedna z odrzuconych wersji zawierała okrutnie krwawą naparzankę w podziemiach.

 

Cytatów i nawiązań jest mnóstwo – nie tylko do literatury czy filmu, ale także folkloru rosyjskiego i ludowych podań. Na przykład niektóre hasła z Wędrownego Szpitala Armijnego są wyjęte ze słownika przysłów rosyjskich. „Dzisiaj zdrów – a jutro w rów” – niczego lepszego bym nie wymyślił. Ale jest i masa aluzji do niesławnych dokonań towarzysza kagiebisty Władimira Putina. To Putin całował w nagi brzuszek pięcioletniego chłopca, nurkował w morzu po starożytne amfory i robił sobie piktoriale topless podczas łowienia ryb oraz pieszczot z misiami. Ja tylko twórczo to rozwinąłem.

 

Nie da się tych inspiracji uszeregować wedle ważności. Zresztą nie inspiracje są tu ważne, ale podstawowe pytanie książki „Coście zrobili ze swoją wolnością?”. Jak to możliwe, żebyście oddali swe życie i los w ręce kreatur tak cynicznych, tak chętnych do manipulacji, tak notorycznie mijających się z prawdą. To nie tylko problem Rosji. Także Polski i wielu innych współczesnych społeczeństw.

 

(...)

 

Jesteś dziennikarzem, który napisał powieść, czy raczej pisarzem, który pracuje jako dziennikarz?


Przez dwadzieścia lat byłem dziennikarzem marzącym o tym, żeby wreszcie znaleźć czas na pisanie powieści. Mam nadzieję, że przez następne dwadzieścia lat będę pisał powieści, tęskniąc do dziennikarzenia.

 

Cała rozmowa na portalu Gilida.pl

 

KSIĄŻKĘ PIOTRA GOĆKA MOŻESZ KUPIĆ  TUTAJ

 

AM