Fronda.pl: Premier Donald Tusk podczas podsumowania trzech lat działalności swojego rządu powiedział: nadgoniliśmy stracony czas. Jak Pan odbiera te słowa?
Piotr Gociek, szef działu krajowego "Rzeczpospolitej": Stwierdzenie takie zakłada, że wcześniej – przed kadencją Tuska - jakiś czas został dla Polski stracony, a to teza mocno dyskusyjna, bo w wielu sprawach lata poprzednich rządów wcale nie były stracone. Ale to, co mówił premier, nie dziwi, bo wpisuje się w narrację, dzięki której Platforma Obywatelska wygrała wybory. To wtedy wmawiano wyborcom, że Polacy wreszcie nie będą musieli się wstydzić przed Europą, że jak wygra PO to "będzie normalnie". Teraz próbuje się nam powiedzieć, że całkiem normalnie jeszcze nie jest, ale już jest normalniej, że te trzy lata to była dobra droga do normalności. Zarówno tezy sprzed trzech lat nie były prawdziwe, jak i dzisiejsze autopodsumowanie rządu Donalda Tuska prawdziwe nie jest.
Jak Pan te trzy lata ocenia?
Rząd mógł zrobić dużo, nie zrobił prawie nic. Postawił na politykę dobrego wrażenia, zamiast dobrego rządzenia. I zmarnował te trzy lata. Przez długi czas korzystał z koniunktury wypracowanej przez poprzedników, którzy obniżając podatki stworzyli poduszkę bezpieczeństwa i przygotowali kraj na gorsze czasy – fakt, że niechcący, bo kryzysu światowego wtedy nikt nie wieścił. Ale PO przejęła kraj w niezłym stanie, wystarczało niczego nie psuć, żeby doślizgać się bezpiecznie do kolejnych wyborów. I taki scenariusz jest realizowany. Ale teraz nadchodzi moment, kiedy utrzymywanie władzy przez Platformę Obywatelską zacznie nas kosztować bardzo wiele. Pierwszy sygnał to podwyżka podatku VAT. Nie mam złudzeń – będą następne podwyżki podatków. Rząd szykuje się również do skoku na nasze środki lokowane w Otwartych Funduszach Emerytalnych oraz za wszelką cenę próbuje promować kreatywną księgowość walcząc z Brukselą o zmianę zasad liczenia deficytu i długu publicznego w Polsce. Rząd ma twarz uśmiechniętego Donalda, a intencje łupieżcy, który sięga coraz głębiej do naszych kieszeni.
Jak przez te trzy lata zmieniła się polska polityka?
Schamiała i ugrzęzła w świętej wojnie. Niektórzy próbują winą za ten stan rzeczy obciążyć wszystkich równo. Moim zdaniem to fałszywa symetria. Polacy zawsze byli mocno podzieleni w różnych kwestiach, politycznych także. Ale w ostatnich latach dzielenie społeczeństwa to była polityka marketingowa, którą narzuciła Platforma Obywatelska. Jednym z fundamentów sprawowania władzy przez PO było przekonywanie wyborców, że może oni za wiele nie robią, ale są na pewno dużo lepsi od tego strasznego PiS, który szkodziłby bardzo Polsce. Przyjęcie tej narracji doprowadziło do kilku zjawisk. Najpierw okazało się, że społeczeństwo niesłychanie się podzieliło.
Co gorsza, to co specom od marketingu wydawało się zwykłą polityczną grą, skończyło się prawdziwą krwią: mordem w Łodzi. Dziś sami politycy rządzącej partii zdają się być zaskoczeni skutkami, jakie ta wojna wywołała w społeczeństwie. Okazało się, że wyborcy uwierzyli w ten konflikt, uwierzyli, że po drugiej stronie zamiast przeciwników politycznych są śmiertelni wrogowie.
Duga sprawa: wejście do polityki ludzi pokroju Janusza Palikota doprowadziło do złamania zasady, że na pewnym poziomie inwektyw polityki się jednak nie uprawia. Dziś wydaje się, że nie ma już żadnych granic.
Trzecia rzecz: Platforma rozgrywa scenariusz wojny na różnych płaszczyznach – nie tylko politycznej, ale także historycznej i światopoglądowej. W tej wojnie wszystko, co robił PiS, jest złe z definicji, więc trzeba robić inaczej. Efekt? Powrót do kultu Okrągłego Stołu oraz ponowne otwarcie pól konfliktu o aborcjeę, o rolę Kościoła, a także spacyfikowanie IPN.
Jak Pan odbiera działalność mediów w ostatnim czasie? Jak Pana zdaniem funkcjonuje kontrola władzy przez opinię publiczną?
W zdecydowanej większości media dziś w Polsce niczego nie kontrolują – a już na pewno nie władzę. Media są uzależnione od władzy. Jedne wprost – jak media publiczne, drugie pośrednio – bo komercyjnym stacjom rząd może koncesję dać lub zabrać. Nie mylmy jednak dwóch zjawisk. Pierwsze jest cywilizacyjne, drugie polskie. Pierwsze to fakt, że współczesny człowiek odbiera rzeczywistość przez media. One są filtrem, przez który obywatele oglądają rzeczywistość. Tak jest, bez względu na to, czy mówimy o Polsce, Rosji, Wielkiej Brytanii czy jakimkolwiek innym kraju. Czasy, gdy wyborca wybierał się na wiece konkurujących kandydatów, by wybrać tego, który – jego zdaniem – mądrzej mówi, to przeszłość, która nie wróci. Na to nie ma lekarstwa, to trzeba zaakceptować.
W Polsce mamy jeszcze inny problem. W bardzo wielu przypadkach środki masowego przekazu sprzyjają partii rządzącej. Szczególnie czujne są natomiast wobec opozycji. Pokazywały nadmiernie krzywdzący jej obraz. Trudno też nie zauważyć, że mediów, w których toczy się prawdziwa debata, z udziałem wielu stron, jest coraz mniej. Można je już policzyć na palcach jednej ręki. Jednocześnie od dziennikarzy wymaga się, by byli żołnierzami którejś ze stron walki politycznej. Tym, którzy mają odmienne poglądy, przykleja się etykietkę politycznych pałkarzy wrogiej partii. To jest przerażające. Przecież normalną rzeczą jest, że i dziennikarze mają różne poglądy. Muszą jednak się do tego otwarcie przyznawać, a nie udawać, że ich nie posiadają. Po drugie nie mogą odbierać prawa do posiadania poglądów innym dziennikarzom. Tymczasem według np. Jacka Żakowskiego prawdziwa debata jest wtedy, gdy dyskutuje on ze swą redakcyjną koleżanką z "Polityki" - Janiną Paradowskią – bo przecież mają różne spojrzenie na wiele spraw. Ale w tym dyskursie nie mieści się już np. Igor Janke, wyrzucony z TOK FM (lata wcześniej wyrzucono stamtąd Rafała Ziemkiewicza). Kiedy w telewizji publicznej występują Jan Pospieszalski czy Bronisław Wildstein, to jest "be", a jak Jacek Żakowski lub Jan Ordyński, to jest "cacy". Oto pluralizm XXI wieku. Kiedy będzie lepiej? Patrząc na to, jak rząd stara się domknąć układ medialny, dochodzę do wniosku, że lepiej już było.
Rozmawiał Stanisław Żaryn.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

