Rozwija się zasięg afery korupcyjnej związanej z informatyzacją sektora administracji publicznej, już się chyba nie uda jej zamieść pod dywan?
- Ta afera obejmuje właściwie wszystkie instytucje centralne w Polsce, agendy rządowe, jak również firmy energetyczne czy banki. Mamy do czynienia z wyrafinowanym i zorganizowanym systemem korupcyjnym, ustawionym w ten sposób, żeby zapewniał miliardowe zyski beneficjentom tego procederu. Jest to korupcja zupełnie innego rodzaju niż ta, którą mogliśmy oglądać w TV, kiedy ktoś przewozi w walizce pieniądze i wręcza łapówkę. Tutaj jest to bardziej skomplikowane, bo polega na tworzeniu regularnych funduszy korupcyjnych przez koncerny informatyczne i zasilanie z tych funduszy osób odpowiedzialnych za realizację zamówień publicznych w dziedzinie informatyzacji administracji państwowej. Mamy tutaj też do czynienia z udowodnioną jednorazową łapówką w wysokości 5 mln zł., którą miał wziąć były szef centrum projektów informatycznych MSWiA.
Czy znamy nazwiska innych winnych?
- Padają nazwiska polityków z czołówki życia publicznego, ale jeśli nie zostaną im postawione zarzuty to nie mogę ich ujawnić, aby nie narazić się na proces o zniesławienie. Pewne jest, że korupcja na taką skalę nie mogła się odbyć bez parasola politycznego.
Czy uważasz, że to afera, która spowoduje z czasem w Polsce polityczne trzęsienie ziemi?
- Myślę że ta afera spowoduje polityczne trzęsienie ziemi dlatego, że skala nadużyć w tej aferze stanowi już zagrożenie ekonomiczne państwa. W tej chwili mamy do czynienia ze wstrzymaniem pieniędzy z Komisji Europejskiej na informatyzację w wysokości 1 mld zł. Jeśli okaże się, że zostały one po prostu ukradzione przez łapówkarzy, to my będziemy musieli zwracać do UE pieniądze, które ona nam przekazała.
Rozmawiał Jarosław Wróblewski

