Czy dziś, po całej aferze włącznie ze zwolnieniem z "Rz", Gmyz napisałby taki sam tekst? - Niczego nie wycofuję. Napisałbym jeszcze więcej, bo dziś też więcej wiem - deklaruje w rozmowie z "Faktem". Czy ma zatem więcej informacji, które potwierdzają jego tezy? - Oświadczenie prokuratury potwierdza to, co napisałem, choć zostało to sformułowane w nieco ostrożniejszych słowach - odpowiada.
Gmyz odpowiada także na stawiane mu przez Grzegorza Hajdarowicza zarzuty, że jego "tekst był zbitkiem informacji uzyskanych na mieście" oraz "czystą konfabulacją". - Pan Hajdarowicz jest wybitnym specjalistą w dziedzinie hodowli palm kokosowych w Ameryce Południowej i w tej materii nie kwestionuję jego kompetencji. Natomiast w dziennikarstwie stawia pierwsze kroki. Faktem jest, że zaczyna ambitnie, pisząc czołówki w jednym z największych polskich dzienników, myślę jednak, że potrzebuje parunastu lat praktyki, by pojąć, o co w tym fachu chodzi - mówi dziennikarz.
Postawę wydawcy Gmyz określa jako niedopuszczalną. - To się nie mieści w standardach cywilizowanego kraju, żeby właściciel wprost redagował gazetę. Oświadczenie Hajdarowicza, które ukazało się na czołówce gazety, jest chyba pierwszym tego typu przypadkiem w historii prasy. Zawsze obowiązywała zasada ścisłego oddzielenia wydawcy od redakcji, ale tu nie została ona zachowana - mówi.
Gmyz wyklucza także moźliwość prowokacji. - Bzdura. Mam zaufanie do swoich źródeł. Zorganizowanie prowokacji w tym przypadku nie wchodzi w grę, bo w tej sprawie to ja docierałem do informatorów, a nie oni do mnie - zapewnia.
Całość rozmowy w dzisiejszym wydaniu "Faktu".
eMBe
