Co po opuszczeniu „Rzeczpospolitej” porabia Cezary Gmyz?
Spotyka się z potencjalnymi pracodawcami.
Już się zdecydowałeś? Podjąłeś decyzję, w której redakcji będziesz pracował?
Nie, jeszcze nie podjąłem decyzji. Są różne pomysły na moją przyszłość. Będzie to wiadome pod koniec przyszłego tygodnia, kiedy wszystko się będzie decydowało. Oprócz tego robię to, co robić powinienem jako dziennikarz, czyli zajmuję się zbieraniem informacji.
Zaskoczyło cię zachowanie dziennikarzy wobec ciebie po ostatnim artykule w „Rzeczpospolitej”.
Jestem dość krytyczny jeśli chodzi o stan polskiego dziennikarstwa, którego poziom od wielu lat się systematycznie obniża. Dziennikarze wydają się być zwolnieni z zadawania pytań. Z przykrością muszę to skonstatować, że bardzo często zamiast być badaczami i poszukiwaczami prawdy pretendują tylko do roli przekaźników władzy.
Nie odpuszczasz tematyki katastrofy smoleńskiej. Będziesz ją dalej drążył?
Po pierwsze, nie chcę być autorem jednego tematu, bo Smoleńskiem zajmuję się od 2010 r., ale nie jest to jedyny obszar mojej aktywności dziennikarskiej. Dziennikarstwo śledcze, to taki rodzaj dziennikarstwa, który obejmuje znacznie większy obszar niż nawet tak ważne wydarzenie, jak 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku.
Zapowiadałeś, że ukaże się twoja książka dotycząca agentury polskich duchownych w Watykanie. Jak wyglądają prace nad tą publikacją?
Cały czas siedzę jeszcze w czytelni IPN-u. Choć myślałem, że posiadłem większość wiedzy zgromadzonej w archiwum, to nagle okazało się, że ze zbioru zastrzeżonego wpłynęło wiele innych dokumentów, które zmieniają optykę widzenia wielu spraw. Książka ukaże się w przyszłym roku.
To będzie szokująca wiedza dla polskich katolików?
Nie, nie będzie wiedzą zabójczą. Katolicy sobie zdają sobie sprawę, że ludzie są grzeszni i nawet wśród apostołów znalazł się zdrajca. Procent zdrajców wśród duchownych pracujących w Watykanie był podobny.
Rozmawiał Jarosław Wróblewski
