Wybory prezydenckie nie są nic nieznaczącym plebiscytem, Polacy nie wybierają kandydatów różniących się jedynie wąsami czy wzrostem. Wrzucając kartę do głosowania w II turze wyborcy opowiedzą się za jedną z wizji państwa, sposobem prowadzenia polityki i walki o narodowe interesy. Od wyniku wyborów zależeć będzie, czy Polska odzyska suwerenność na międzynarodowej scenie politycznej oraz czy wejdzie na drogę liberalnych zmian społecznych. Jednak najważniejszym pytaniem, jakie wyborcy powinni sobie zadać przed II turą, jest pytanie o to, czy urząd Prezydenta RP ma zostać wciągnięty w grę ludzi związanych ze środowiskiem byłych Wojskowych Służb Informacyjnych. Zwycięstwo Bronisława Komorowskiego w wyborach może bowiem spowodować, że dostęp do Pałacu Prezydenckiego uzyskają ludzie związani niegdyś z tymi służbami. Kontakty z WSI Bronisław Komorowski rozpoczął w latach 90., gdy został wysokim urzędnikiem w MON. Jak pisały ostatnio media, w resorcie promował ludzi wywodzących się właśnie z WSI. Jako minister przez kilka lat nadzorował działalność tej służby. Od tamtego też czasu otaczał się osobami z WSI (stamtąd wywodzi się m.in. były rzecznik marszałka, a wcześniej ministra, Jerzy Smoliński), jak podawały media miał również rekomendować byłych jej funkcjonariuszy do wielu instytucji państwowych. Jako jedyny poseł PO Bronisław Komorowski nie głosował za rozwiązaniem Służb, konsekwentnie krytykuje również tę decyzję Sejmu, powtarzając, że służyli w nich fachowcy.
W kończącej się kampanii wyborczej po raz pierwszy w historii w sposób otwarty ludzie WSI zabrali głos. Z rozpoczęciem kampanii, przed prawyborami w PO, zbiegło się założenie przez Marka Dukaczewskiego (byłego szefa WSI) stowarzyszenia SOWA, które ma integrować byłych funkcjonariuszy Służb. Założyciel organizacji w swoich wywiadach wielokrotnie wyrażał poparcie dla Bronisława Komorowskiego, najpierw kandydata w prawyborach, a potem kandydata na prezydenta. Dukaczewski w jednym z wywiadów przyznał, że otworzy szampana po zwycięstwie polityka PO.
Objęcie najwyższych urzędów w państwie przez polityków związanych ze służbami specjalnymi powinno budzić wątpliwości. Zawsze bowiem przez swoje kontakty ze światem służb może on zostać uwikłany w ich rozgrywki albo próbować wykorzystać swoje kontakty do zakulisowych gier. Gdy w całej sprawie chodzi jednak o kontakty prezydenta z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, sytuacja staje się jednak naprawdę groźna. WSI bowiem przejęła kadrę po służbach PRL, w tym SB. Najwyżsi oficerowie WSI byli szkoleni przez rosyjskie służby specjalne, wielu z nich przechodziło w Moskwie specjalistyczne kursy. Związanie WSI z Rosją było patologią, ponieważ jej funkcjonariusze byli często wierni nie Polsce, tylko Rosji. WSI nie złapało nigdy żadnego rosyjskiego szpiega, było w sposób zupełnie bezproblemowy penetrowane przez rosyjskie służby, brało czynny udział w mafii paliwowej, nielegalnym handlu bronią, inwigilowało polityków partii prawicowych, wyprowadzało gigantyczne pieniądze na prywatne konta zagraniczne, zbierało haki na biznesmenów i polityków, silnie inwigilowało media w Polsce.
Wygrana Bronisława Komorowskiego może oznaczać, że ludzie związani z WSI zyskają dostęp do Pałacu Prezydenckiego. Będą mieli wtedy wgląd w najważniejsze tajemnice państwowe oraz NATO-wskie, mogą zyskać wpływ na decyzję prezydenta oraz politykę obronną i zagraniczną państwa. A dzięki stworzeniu ogromnej sieci osób związanych z WSI możliwości te mogą zostać wykorzystane w sposób zupełnie niekontrolowany. Uzyskanie wpływu WSI na Pałac Prezydencki zagrozi bezpieczeństwu Polski oraz jej podstawowym interesom, bowiem ludzie szkoleni przez Moskwę mogą być przez nią wykorzystywani do rozgrywania ważnych dla siebie spraw. Polska może na tym stracić bardzo dużo w każdym obszarze, począwszy od kwestii gospodarczych poprzez militarne a na stricte politycznych kończąc. Objęcie przez Bronisława Komorowskiego urzędu prezydenta może zakończyć się bardzo daleko idącym wzmocnieniem obecności Rosji w Polsce i osłabieniem polskiej podmiotowości na arenie międzynarodowej.
Gdzie miejsce Polski?
Groźbę taką niesie ze sobą również sposób patrzenia PO, w tym marszałka Komorowskiego, na prowadzenie polityki zagranicznej. Największa różnica między kandydatami polega na rozumieniu roli Polski w regionie. Jarosław Kaczyński, podobnie jak jego brat Lech, uznaje, że Polska powinna stać się w pewnym stopniu submocarstwem i dążyć do wzmocnienia Europy Środkowej. Lech Kaczyński w odróżnieniu od rządu przykładał sporą wagę do wspierania kontaktów z takimi krajami, jak Litwa, Ukraina czy Gruzja. W jego wizji Polska, jako największy kraj regionu, miała szansę na skupienie krajów Europy Środkowej wokół wspólnych interesów. Ten projekt widać w wypowiedziach Jarosława Kaczyńskiego. On, w odróżnieniu od swojego konkurenta, widzi potrzebę budowy silnego regionu dążącego do realizacji swoich postulatów w Europie, niezależnie od woli Niemiec czy Rosji.
Inne jest również podejście Bronisława Komorowskiego i Jarosława Kaczyńskiego do sposobu, w jaki Polska powinna funkcjonować na forum UE, choć obaj politycy są euroentuzjastami i popierają członkostwo w Unii Europejskiej. Polska w wizji Bronisława Komorowskiego ma budować swoją pozycję będąc wiernym partnerem europejskich mocarstw. Siłą Polski mają być jej dobre kontakty z krajami Europy, głównie Niemcami. Jest to zbieżne z koncepcją Platformy Obywatelskiej, która od początku swoich rządów postanowiła nie walczyć o polską rację stanu, gdy naraża to nasz kraj na konflikt z europejskimi mocarstwami. Na politykę zagraniczną inaczej patrzy Jarosław Kaczyński. Jest on skłonny do ostrzejszej walki o polskie interesy. Jego koncepcja udziału Polski w międzynarodowej polityce przypomina podejście krajów Europy Zachodniej, które od lat ostro walczą o swoje interesy, często grożąc tak daleko idącymi konsekwencjami, jak wyjście z Unii Europejskiej, czy bojkot spotkań UE. Objęcie urzędu prezydenta przez kandydata PiS doprowadzi do bardziej wyrazistego artykułowania polskich interesów narodowych podczas spotkań ze światowymi przywódcami oraz da nadzieję Polsce na prowadzenie suwerennej polityki międzynarodowej, opartej na własnej wizji otaczającej nas rzeczywistości.
Czas na eksperymenty?
Choć żaden z kandydatów na prezydenta nie gwarantuje kierowania się nauką Kościoła katolickiego w sprawowaniu swojego urzędu, jednak to Jarosław Kaczyński daje większe nadzieje na realizację postulatów katolickiego elektoratu. Cechuje go bowiem większa konserwatywność wobec lewicowych eksperymentów na społeczeństwie. Marszałek Sejmu w ostatnich miesiącach włączył się z kolei aktywnie zarówno w pomysł refundowania przez rząd zabiegów in vitro, jak i lansowanie koncepcji parytetów dla kobiet na listach wyborczych. Są to typowe hasła lobby liberalnego. Zgodnie z zapowiedziami kandydata PO na prezydenta, wygranie przez niego wyborów będzie oznaczało początek jego kampanii na rzecz zmian dotyczących tych obszarów. Jak pokazują przykłady działania lobby liberalnego na świecie, po wprowadzeniu tych zmian nie spocznie ono na laurach i zacznie mocno walczyć o realizację innych żądań, np. legalizacji eutanazji, aborcji, małżeństw homoseksualistów, czy adopcji przez nich dzieci.
Zmiany popierane przez Bronisława Komorowskiego mogą być pierwszymi z serii społecznych "rewolucji" w Polsce. Podpisując ustawy o in vitro i parytetach przyszły prezydent otworzy puszkę Pandory i skieruje Polskę na drogę lewicowych zmian społecznych. Chociaż wygrana Jarosława Kaczyńskiego nie gwarantuje, że zawetuje on ustawy wprowadzające takie zmiany, to na pewno nie będzie aktywnie wspierał dążeń środowisk liberalnych. A to może być skutecznym hamulcem i zablokować na lata lewicowe zmiany. To również Jarosław Kaczyński i jego sposób patrzenia na rolę państwa daje nadzieję na wzmocnienie rodziny, obronę symboli religijnych w państwie, czy ustabilizowanie pozycji Kościoła w życiu publicznym. O tym, że dla obecnego środowiska rządzącego Polską te kwestie nie są specjalnie istotne, świadczyć może fakt, że ani Polska, ani żaden europoseł PO, nie przystąpiła do procesu przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka dotyczącego pozwolenia na wieszanie krzyży w miejscach publicznych ani nie zrewidowała przepisów ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, które tę rodzinę osłabiają.
Bez kontroli
Prezydent Bronisław Komorowski i prezydent Jarosław Kaczyński prawdopodobnie będą różnić się mocno stylem sprawowania urzędu. Kandydat PiS będzie pełnił swój urząd w stylu Lecha Kaczyńskiego. Na tle poprzedników był on prezydentem bardzo aktywnym, propagował swoją wizję silnej Polski, zabiegał o to, by kraj zmieniał się w sposób korzystny z jego punktu widzenia. Jarosław Kaczyński również nie schowa się w Pałacu Prezydenckim i będzie obecny w bieżącym życiu politycznym, będzie wykorzystywał kompetencje Prezydenta RP, nie zgodzi się na sprowadzenie jego do roli fasadowego urzędu. Inaczej może wyglądać prezydentura Bronisława Komorowskiego. Wiele razy opowiadał się on za ograniczaniem roli głowy państwa w Polsce. Marszałek Sejmu zapowiadał, że rzadko będzie korzystał z prawa weta, nie wykluczał również zgody na ograniczenie roli prezydenta w konstytucji. Donald Tusk porównał prezydenturę w Polsce do żyrandolu w Pałacu. W podobnym tonie wypowiadał się marszałek Komorowski. Jego prezydentura może więc bardziej przypominać okres sprawowania urzędu przez Aleksandra Kwaśniewskiego, który był mało aktywny i siedział głównie w Pałacu.
Wraz ze zwycięstwem Bronisława Komorowskiego Platforma Obywatelska obejmie w Polsce większość urzędów. Po przejęciu przez PO mediów publicznych, w kraju może zostać skutecznie zablokowany mechanizm kontroli władz. Stan demokracji w Polsce po zwycięstwie kandydata partii rządzącej będzie dużo słabszy niż za czasów prezydentury i rządu Kaczyńskich, ponieważ oni mieli przeciwko sobie prywatne media, które w bardzo stanowczy sposób kontrolowały ich działania. Nie będą one natomiast kontrolować Bronisława Komorowskiego i rządu Donalda Tuska, ponieważ, jak mówił ostatnio Andrzej Wajda, PO w mediach tych ma swoich przyjaciół. Monopol PO w państwowych urzędach i mediach wytrąci skutecznie opinii publicznej możliwość jakiejkolwiek kontroli nad rządzącymi. Grozi to powstaniem wielu patologii w kręgu władzy i brakiem możliwości rozliczenia polityków. Przybliży to także nasz kraj do stosunków panujących na Białorusi.
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

