Po seansie nowego filmu Malicka krytycy rozkładali ręce. Jedni pisali o kiczowatej hochsztaplerce inni zaś nazwali film arcydziełem. Zdanie tych drugich podzielił przewodniczący jury na festiwalu w Cannes, Robert de Niro, które przyznało filmowi główną nagrodę. „ Czy ten film ma sens? Nie jestem przekonany. Podejrzewam, że dowiem się dopiero będąc gdzieś między teraźniejszością a Dniem Sądu”- pisał krytyk w “The New York Times”. Większość amerykańskich gazet była zgodna, że mamy do czynienia z arcydziełem. Od „Rolling Stone”, przez „Chicago Tribune” aż po „Entertainment Weekly”, wszędzie film dostawał najwyższą notę. Dzieło Malicka nie do końca zadowoliło jednak europejskich krytyków czego wyrazem jest ciekawa recenzja Tadeusza Sobolewskiego w „Gazecie Wyborczej” . „Malick chce olśnić obrazami galaktyk i wulkanów, ale gigantyzm obraca się przeciwko niemu. Kosmiczne panoptikum, odfotografowane w skali 1:1 niczym reportaż o tworzeniu świata, wydaje się płaskie. Przypomina fotografie z gabloty w salce katechetycznej. Co stało się z kinem, że oduczyło się operowania symbolicznym skrótem i stało się tak nieznośnie dosłowne? Co stało się z Ameryką, że jest niezdolna do stworzenia uniwersalnej utopii? A może wcześniej coś stało się z nami, że nie jesteśmy zdolni do jej przyswojenia?”- pyta krytyk.
Egzystencjalista- ekolog z kamerą w ręku
Mnie obraz Malicka zarówno wzruszył, zachwycił jak i zirytował na tyle mocno, że pierwszy raz w życiu miałem ochotę wyjść z sali kinowej. Dobrze jednak, że tego nie zrobiłem. Zobaczyłem coś pięknego, okropnego, głębokiego i płytkiego zarazem. „Drzewo życia” nie jest typowym filmem Malicka a reżyser w swojej 40 letniej karierze nakręcił ich zaledwie pięć. Jednak przyjaciele reżysera podkreślają ,że jest on najbardziej osobistym dziełem tego intrygującego twórcy. Widać to zresztą na ekranie.

Każdy z filmów Malicka jest małym arcydziełem i wszystkie mają pewną wspólną cechę. Wszystkie dotykają egzystencjalnych problemów i zadają niezwykle bolesne pytania. Jednak każdy z nich robi to w sposób specyficzny. W „Badlands” Malick pokazał realistyczną historię Bonnie i Clyde, która z perspektywy „Urodzonych Morderców” Stone’a może razić pewną gładkością ( aż strach pomyśleć jak znieczuleni jesteśmy na przemoc) , ale przy słynnym komiksowym filmie Artura Penna jest wciąż ciosem między oczy. W przeciwieństwie jednak do postmodernistycznego filmu Stone’a i bajkowego westernu Penna, debiut Malicka dotykał głębszych aspektów mroków duszy współczesnego człowieka, odkupienia winy i nieuchronności kary.
Podobnie wygląda jego „Cienka czerwona linia”- dychotomiczny obraz demonów wojny i piękna natury japońskich wysp podczas wojny na Pacyfiku, który dzięki połączeniu „ognia i wody” pokazuje rozmiar piekła ludzkiej wojny toczonej na ziemi stworzonej przez Boga. Malick powolne celebrowanie natury zderza z codziennym życiem amerykańskich żołnierzy. Ten film to przejmujące pytanie o sens naszej egzystencji. „Cienka czerwona linia” to najbardziej metafizyczna wizja wojny w kinie. Teraz metafizyka i miłość do natury, która jest przedstawiana przez reżysera jako dowód na istnienie Boga, spotkały się w „Drzewie życia”.
Hiob, Bóg i….
„Terrence Malick mierzy się w „Drzewie życia" ze wszystkim, co w życiu najważniejsze. Narodzinami, miłością, dzieciństwem, szczęściem, rozpaczą, śmiercią. A także z naturą i wiecznością. Bohater filmu Jack O'Brien odniósł sukces jako architekt, ale wśród wieżowców ze stali i szkła zaczyna czuć się zagubiony. Wraca myślami do świata, w którym wyrósł: do autorytarnego ojca, wspaniałej, kochającej matki, młodszych braci. Spokojna z pozoru rzeczywistość Teksasu z przełomu lat 50. i 60. pełna jest napięć i agresji, konfliktów, jakie towarzyszą życiu rodzinnemu i dorastaniu. A nad wszystkim unosi się tragedia – śmierć jednego z braci, Jacka, która każe bliskim zmierzyć się z Bogiem. Spytać: Dlaczego? Gdzie wtedy byłeś?”- pisze Barbara Hollender w „Rzeczpospolitej”. Film Malicka zaczyna się od cytatu z Księgi Hioba, która jest odpowiedzią na najstraszniejsze i zarazem najpiękniejsze pytania chrześcijaństwa: Dlaczego ja? Dlaczego to mnie dotknął dramat? Dlaczego niewinne dzieci cierpią a złoczyńcy cieszą się pozornym szczęściem? Czy mogę się ustrzec przed tragedią wierząc w Boga i oddając Mu hołd? Te pytania towarzyszą filmowi Malicka od pierwszej do ostatniej sekundy.
Czy są to banalne pytania? W pewnym stopniu tak. Każdy z nas je sobie codziennie zadaje. Pytania o sens egzystencji są zawsze banalne i stąd banalność stawianych przez Malicka tez, które nie podobają się części widzów i krytyków. Jednocześnie problem niemożności poradzenia sobie z bólem po stracie ukochanego dziecka, którego doświadcza religijna matka, wyrzuty sumienia zakompleksionego, srogiego, ocierającego się o tyranie, ale głęboko kochającego ojca ( brawa dla Brada Pitta za najlepszą rolę w karierze) stawiają ten film wysoko ponad pseudo-egzystencjalnymi bajkami kabalistów i buddystów w fabryki snów. I może to jest największą siłą tego obrazu. Reżyser z chirurgiczną precyzją pokazuje nam czym jest ból po stracie dziecka. Pamiętajmy, że nie jest to łatwe zadanie i nawet posiadając świetnie napisaną historię można się pogubić, co przytrafiło się Peterowi Jacksonowi w jego zimnej „Nostalgii anioła”.
Malick w swoim dramacie przedstawia nam wizję sensu chrześcijańskiego odkupienia, cierpienia oraz poświęcenia się dla najbliższych. "Są chwile, gdy film ten staje się bardziej doświadczeniem religijnym niż narracją kinową" - zauważył brytyjski krytyk w "London Evening Standard". Bohater grany przez Pitta jako niespełniony artysta mieszkający w małym, na wskroś amerykańskim miasteczku, w złotym okresie lat 50-tych nie jest jednak karykaturą ojca klasycznej amerykańskiej rodziny, którą tak bardzo chcieli zniszczyć liderzy pokolenia 68. Obraz syna, który w dorosłym życiu ( genialny, minimalistyczny Sean Penn) nie może poradzić sobie z „trupami w szafie” również nie pasuje do lansowanego dziś wizerunku zagubionego człowieka, który został zniszczony przez patriarchalną rodzinę. Lustracyjny voyeryzm Malicka nie przypomina również pretensjonalnego "Revolutionary Road" Sama Mendesa, który miał być uderzeniem w wartości amerykańskie lat 50-tych. Malicka nie interesuje płytka propaganda dzieci kwiatów. Jego historia sięga głębiej i dalej niż znienawidzone przez kontrkulturę lata 50-te i rzekoma hipokryzja tych „przedgenderowych” czasów.
… dinozaury.
I muszę przyznać, że właśnie tutaj mam największy problem z filmem twórcy „Dni niebios”. W pewnym momencie reżyser opuszcza swoich bohaterów pokazując, przyznaje ,że w zapierający dech w piersiach sposób, początki świata, formowanie się kosmosu, ziemi i wyginięcie dinozaurów. I robi to w sposób dosłowny. Chyba przez kilkanaście minut jesteśmy skazani na oglądanie obrazów rodem z National Geographic czy Discovery Channel, które mieszają się z wizjami jak po zażyciu LSD. W tle słyszymy pytania głównej bohaterki ( piękna rola Jessici Chastain) do Boga. Takie „odjazdy” reżyser serwował nam w malutkiej pigułce w „Cienkiej czerwonej linii”. Jednak w „Drzewie życia” osiągnęły one rozmiar Wielkiego Kanionu. „…ewolucja przyrody, stworzenie świata, kosmiczna podróż przez miliardy lat świetlnych, opowiadana na przemian głosami różnych postaci w epickim wymiarze. Intymna modlitwa zostaje zestawiona z widowiskowymi obrazami formowania się z pyłu kosmicznego gwiazd i planet, narodzin pierwszego żywego organizmu, dziwnego zachowania dinozaurów, okazujących współczucie, co wywołuje szok, bo czegoś podobnego w kinie od czasu „2001: Odysei kosmicznej” nie było.”- pisze Janusz Wróblewski w „Polityce”. Ja nie do jednak końca czuję artystyczny zamysł tego zestawienia i bliżej mi do opinii Sobolewskiego ,który zarzuca twórcy płytkość. Nawet jeżeli przyjmiemy, że pokazanie uderzenia meteorytu przed pojawieniem się na ziemi ludzi ma być metaforą końca świata po stracie dziecka to wciąż biegające po dżungli dinozaury do mnie nie przemawiają. Obawiam się, że motywy z wyginięciem dinozaurów wynikają z niespełnionych marzeń Malicka o epickim filmie o początku świata, którego nie udało mu się nigdy zrealizować. Po sukcesie „Badlands”, który przyćmił komerycjnie nawet genialne „Ulice nędzy” Scorsese i „Dniach niebios” , Malick przymierzał się do pracy nad „Q" – filmem pokazującym m.in. początki życia na ziemi. Filmu jednak nigdy nie skończył. Przez fiasko tego projektu Malick porzucił na ponad 20 lat kino i zaszył się na uniwersytecie jako wykładowca. Myślę, że „Q” przez cały okres twórczości tlił się w twórcy, czego wyrazem są zapierające dech w piersiach obrazy natury we wszystkich obrazach reżysera. Niestety tym razem motyw początku świata nie gra z obrazem zderzającej się z dramatem rodziny.
Piękne kino ostatniego mainstreamowego artysty

„Drzewo życia” jest jednak filmem potrzebnym, ważnym i przejdzie do historii kinematografii. W erze wiecznej pogoni za sukcesem, uświęconego hedonizmu, który zastąpił Boga i odrzucenia transcendencji, obraz Malicka przypomina nam o tym, że nie jesteśmy zlepkiem komórek, które istnieją na tym świecie bez żadnego celu. Istotne jest to, że film może trafić do tych, którzy przeciwstawiają naukę wierze. „ On kocha naukę i Boga. W USA te dwie rzeczy raczej się nie przenikają. On jednak widzi je jako jedność. On widzi Boga w nauce i naukę w Bogu.”-mówił na konferencji prasowej w Cannes Brad Pitt. I chyba jest to najlepsze podsumowanie filmu Malicka. A więc czy jest to arcydzieło czy kicz? Jedno i drugie. I co najważniejsze te dwie twarze filmu Malicka świetnie się uzupełniają i powodują, że dobry film stał się kiczowatym arcydziełem.
Jeżeli jednak ktoś nie oczekuje od kina ewangelizacji czy głębszego poruszenia to i tak film Malicka powinien zobaczyć. Twórca „Podróży do Nowej Ziemi” jest jednym z ostatnich wielkich wizjonerów kina, którego filmy są na tyle charakterystyczne, że nie trzeba ich nawet podpisywać jego nazwiskiem. Po śmierci Stanleya Kubricka, który takimi samymi środkami umiał odpowiedzieć tak różne od siebie historie jak te przedstawione w „ Full Metal Jacket”, „Oczach szeroko zamkniętych” czy „Lśnieniu”, Malick jest jedynym reżyserem, który pracując z wielkimi gwiazdami i za wielkie pieniądze, robi kino w 100% autorskie i wyjątkowo plastyczne. „ Drzewo życia” warto zobaczyć dla samych wizji bohatera granego przez Seana Penna czy olśniewająco sfilmowanej Ameryki i jej przyrody.
Mam nadzieję, że nie jest to ostatni film w dorobku 68 letniego reżysera, który nie udziela wywiadów, nie pojawia się na bankietach i nigdy nie promuje swoich filmów. Po „Dniach niebios” kazał swoim fanom czekać 20 lat na następny film. Przez ostanie 13 lat zrobił „aż” trzy obrazy, na które warto było czekać. Jedno jest jednak pewne. Malick odezwie się gdy będzie miał coś ważnego do powiedzenia, co jest niezwykle rzadkie w dzisiejszym show biznesie, gdzie celebryci stali się wyroczniami w kwestiach, na których się zupełnie nie znają. Malick opowiada nam tylko o tym na czym się zna. I robi to w sposób szokujący, irytujący i po prostu piękny.

