O czym świadczą dane z raportu opublikowanego przez „Rzeczpospolitą” wedle, którego co trzeci polski żołnierz wracający z misji w Afganistanie ma problemy emocjonalne i rodzinne.

To rzeczywiście jest skandal, że jak żołnierz idzie na wojnę to jest ostrzeliwany. Bo przecież jak idzie na wojnę to nikt do niego nie powinien strzelać. Mówiąc jednak poważnie, to jest kwestia selekcji. Jeżeli te dane są prawdziwe to tu jest popełniony karygodny błąd.

Czyli takiej sytuacji nie można uznać za wojenną normę?

Oczywiście, że tak – to nie może być żadna norma. Z całym szacunkiem dla żołnierzy, to jest oczywiście misja bojowa, ale to nie jest sytuacja wojenna jak ją sobie wyobrażamy czy oglądamy w kinie. Nikt tam nie siedzi w okopach pod ostrzałem, nie jest tak że pociski wciąż na nich spadają, a trup się ściele gęsto. Inaczej ta misja współcześnie wygląda. Owszem strzelają, zagrożenie jest, ale to, że aż tak duży procent żołnierzy się skarży to wskazuje na jakąś nieprawidłowość. Może ktoś chce naciągnąć budżet państwa, a może naciąga dane, albo jest kłopot z selekcją. Tak naprawdę to myślę, że wszystko razem.

W artykule „Rz” pojawia się też informacja, że żołnierze nie chcą korzystać z pomocy. Dlaczego tak może być?

Jeśli miałbym porównać do czegoś pomoc psychologiczną w wojsku, to tylko do tak zwanej kontrol-pomocy. Przyjeżdżają po to żeby Ci pomóc, a okazuje się, miałem taką sytuację w Niepołomicach, że zabierają dowody rejestracyjne samochodów i paraliżują życie jednostki. Trochę też tak wygląda pomoc medyczna i psychologiczna. Sprowadza się ona do tego, że żołnierzowi daje się świadectwo niezdolności do służby i na wszelki wypadek z tej służby się go zwalnia.

Czyli obawy żołnierzy przed przerwaniem kariery są jak najbardziej uzasadnione?

Te obawy są zdecydowanie uzasadnione. Nikt nie chce korzystać z pomocy, bo nawet jeśli pomoc jakaś zostanie udzielona to i tak kończy się to komisją lekarską, która na wszelki wypadek ustali, że żołnierz jest niezdolny do służby w jednostkach pierwszego rzutu. Dodajmy też, że ta pomoc jest na średnim bardzo poziomie. To jest bardziej chwyt propagandowy o tym pomaganiu. Przez całą swoją służbę wojskową, czyli prawie trzydzieści lat, poza lekarzem chirurgiem, który świetną pomoc psychologiczną dawał, czy poza jeszcze kapelanem, nie zetknąłem się z dobrym psychologiem. Raczej widział, że oni sami mają problemy psychologiczne. Ani ja, ani żaden z moich żołnierzy nigdy z tamtej strony żadnej pomocy nie uzyskał. W Polsce jest to wszystko bardzo sformalizowane i spychane na boczny tor. Poza dużą ilością deklaracji, pięknych słów, może jakiś badań, bo czasem zdarza się, że ktoś się angażuje w pomoc, ale głównie po to żeby podwyższyć sobie stopień naukowy, to nie widzę takiego podejścia prawdziwego, z rzeczywistą troską o żołnierzy.

Czy doświadczenie żołnierzy wracających z misji jest wykorzystywane?

Żołnierze szkolą się tylko z wycinka tego spektrum działań, które powinni doskonale opanować. W Afganistanie weryfikują w boju teorię i to jest naprawdę nie do przecenienia. To powinno się przekładać na to co robią nasi amerykańscy partnerzy, czyli opracowaniem tzw. „fields manuals” . To jest rodzaj regulaminu bojowego, który nie jest do ślepego naśladownictwa, ale pozwala się lepiej przygotować. Jest zbiorem wskazówek określających sposoby działania, czy standardowe procedury operacyjne. Amerykanie napisali taki „fields manual” na temat tego jak okupować Afganistan, na temat tego jak prowadzić wojnę przeciwko partyzantce. Tego tak naprawdę u nas brakuje. Powstają tego typu książki u nas, ale piszą je właśnie ci których doświadczenie nie jest wykorzystywane. Te książki ukazują się w cywilnych wydawnictwach zupełnie niezależnie od całego systemu szkolenia wojskowego. To są dobre podręczniki, zdarzało mi się je recenzować, ale to jest trochę dziwne, że te doświadczenia wykorzystują organizacje harcerskie, skautowskie, strzeleckie, czy tez indywidualni fascynaci, a nie przekuwa się to konkretne podręczniki wojskowe – podręcznik szeregowego, drużyny, czy nawet dowódcy plutonu, który pozwalałby naprawdę dobrze przygotować się do tej misji.

Ci ludzie którzy wracają do Polski oni się rozpływają w całej strukturze wojskowej?

Mamy około 10-20 proc. jednostek, które ciągle wyjeżdżają na misje – komandosi z Lublińca, GROM, 6. Brygada powietrzno-desantowa, 25. brygada kawalerii powietrznej i tam się ludzie nie rozpływają. To jest faktyczna elita wojska. Jest jednak jeszcze te minimum 80 proc. w których są tylko wydzielani ludzie idący do kontyngentu. Potem ta garstka wraca, może próbuje coś nowego wprowadzić, ale nie ma to szans bo dowódca nie jest tym specjalnie zainteresowany, bo jak to może być, że jakiś chorąży, podporucznik, czy kapitan będzie mądrzejszy od pułkownika? A jeszcze do tego dużo zarobił i się tym nie podzielił...

Rozmawiał Tomasz Rowiński