Ponad miesiąc temu dr Janicka podważyła legendę bohaterów „Kamieni na szaniec”, prof. Romanowski zachował się kilka dni temu podobnie wobec rotmistrza Witolda Pileckiego. Jak pan na to patrzy jako żołnierz?
Patrzę na to z dużym niesmakiem. Dla jakichś doraźnych gierek na bazie pomówień obrzuca się błotem i opluwa ludzi, którzy są ikonami, legendą. Nikt nie jest idealny, jednak jest to skandalem. W odbiorze społecznym to nie zyskuje to aplauzu. U nas poszanowanie tradycji jest duże, pamięci zmarłych się jednak nie szarga. Widać też, jak to jest odbierane, zarówno jeśli chodzi o „Zośkę”, „Rudego” czy rotmistrza Pileckiego. Sprawa jest delikatna, bo gdy się reaguje nagłaśniając ich, to jest jak z terroryzmem – pozwala im się zaistnieć, a im tylko o to chodzi.
Pana koledzy w armii utożsamiają się z żołnierzami Armii Krajowej, bohaterami II wojny.
Oczywiście. Choćby w jednostce Grom, gdzie są Cichociemni, podobnie u komandosów z Lublińca, gdzie patronem jest „Zośka” i „Parasol”. Oni spotykają się z uczestnikami Powstania Warszawskiego. To są żywe spotkania, nie tak, że mamy patrona i nic się nie dzieje. Sam spotykałem się, koresponduję z cichociemnymi, z ich rodzinami. Z gen. „Starbą” Bałukiem jesteśmy po imieniu. „Meteor” przyjeżdżał z Australii czy Antoni Nosek z Wielkiej Brytanii. Te kontakty są. Rozmawiamy ze sobą. Wychodziły też sprawy, że czasem ci, niektórzy, co zostawali w kraju podpisywali lojalki, że byli też do tego przymuszani. Wystąpiłem sam o awans dla jednego z nich na stopień generalski i wyszło, że współdziałał. Prezydent Kaczyński powiedział, że sprawdzili to i nikomu nie szkodził, że takie były czasy. On nie był zacietrzewiony w tym. Ludzie nie są idealni, i choć mieli słabości, to dla mnie na pewno pozostali bohaterami. Szarganie ich pamięci na użytek środowisk gejowskich czy walki z IPN jest poniżej wszystkiego. Nie można niszczyć wszystkiego dookoła.
Jak reagować?
Najlepiej ignorować. Albo mieć przemyślaną strategię i odpowiedź i działać z głową.
Pan wymienił jako spadkobierców bohaterskiej wojennej pamięci polskiej armii dość elitarne jednostki. A reszta żołnierzy, oficerów? Są w swoim odczuciu kontynuatorami etosu AK, jego spadkobiercami?
Tak, tak się składa, że z obecnym szefem sztabu generalnego studiowałem w Akademii Obrony Narodowej. Jedną z jego pasji jest historia i zamiłowanie do niej. Studiując w Londynie też dobrze nas reprezentował. Wizytowaliśmy razem 2006 r. ministerstwo obrony Wielkiej Brytanii – bardzo dobrze nas tam reprezentował w różnych dyskusjach. Mamy też w armii również nieprzeoraną PRL-owską spuścizną. Trzeba kształtować morale i poczucie patriotyzmu w armii, bo to jest jego prawdziwą siłą. Trzeba bronić honoru polskiego żołnierza. Nie można opluwać rotmistrza Pileckiego, który powinien być wzorem dla polskiego żołnierza. Jesteśmy z niego dumni. Powinien reagować na to szybko Departament Promocji Sil Zbrojnych, a nie czekać na reakcję mediów. Trzeba bronić naszych żołnierzy wracających z misji. Kultywować tradycję. Brakuje mi takich postaw, które widzę na Zachodzie w wielu armiach. Tam weterani wojenni są gośćmi numer 1. Podczas uroczystości, nie minister, nie generał, ale oni wygłaszają przemówienia, ich się słucha. Tak buduje się więź, ta tradycja jest wtedy czymś prawdziwym.
Stoją na piedestale, nie są kwiatkami do kożucha...
Dokładnie, nie jest tak, że dziadki sobie pogadają. My właśnie podchodziliśmy do nich poważnie. Woziliśmy cichociemnych na poligony, czyli tam, gdzie powinni być. Oni długie godziny rozmawiali z żołnierzami, o codziennym życiu, opowiadali o swoich akcjach, ale i o tym, jak podrywali brytyjskie dziewczyny. Tak narodziła się silna więź. Podobnie jest w Lublińcu.
Nie można bezkarnie wyrywać kartek z naszej narodowej pamięci. Taktyka, aby przy tym zdyskredytować IPN – myślę, że się również nie uda.
Rozmawiał Jarosław Wróblewski
