„Kiedyś, dawno temu, zakazanym było to, czego nie wolno było robić. Za co groziły kara albo represje, albo utrata honoru, albo wstyd. Dziś zakazanym jest to, co właśnie się robi, z czym się obnosi i co się pokazuje. To, co zakazane jest tym, co trzeba przyjąć i co trzeba aprobować. Co trzeba nagradzać, przed czym trzeba klęczeć i czego należy słuchać. Zachodzę w głowę, jak to się stało, i tak całkiem, tak do końca nie pojmuję (...). Nie tylko nie wiem, jak to się dzieje, że prześladowanych nikt nie prześladuje, a zakazanych nikt nie zakazuje, ale też – proszę wybaczyć – nie mogę pojąć dlaczego tak niewielu się temu dziwi. Tak samo nie mieści mi się w głowie, że prześladowanych wszyscy się boją, trwożliwie na nich patrzą, umizgują się do nich, o poparcie i dobre słowo ubiegają, a ci wciąż za prześladowanych uchodzą. Jak to może być, że prześladowani strach wzbudzają, a zakazani odbierają hołdy?” - zastanawia się we wstępniaku do najnowszego „Uważam Rze” Paweł Lisicki. I choć redaktor naczelny tygodnika ma na myśli „prześladowanych” celebrytów medialnych (nota bene – jest to temat numeru), to jego refleksja o współczesnych męczennikach przyszła mi od razu na myśl, kiedy przeczytałam na portalu Life Site News historię 22-letniego „prześladowanego” przez homofobów geja.

 

Joseph Baken z Montany w jednym z barów świętował swoje urodziny. Postanowił, że podczas imprezy pierwszy raz publicznie przyzna się wobec swoich znajomych, że jest homoseksualistą. Nie wiem, jak taką nowinę zareagowali przyjaciele homoseksualisty, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że tuż po imprezie chłopak padł ofiarą zawziętych homofobów. To znaczy, miał paść, jak sam utrzymywał składając zawiadomienie na policji, bo wkrótce okazało się, że Joseph... napadł sam na siebie. Homoseksualista trzy godziny od rzekomego zajścia zgłosił się na posterunek policji. Był posiniaczony. Twierdził, że padł ofiarą lokalnych homofobów. O swojej krzywdzie szybko poinformował na jednym z popularnych portali społecznościowych. Zdjęcie pobitego homoseksualisty szybko zaczęło się cieszyć dużą popularnością, a publicznego wsparcia niemal natychmiast udzieliła mu redakcja serwisu WipeOutHomophobia.com. Deputowana Izby Reprezentantów Ellie Hill zaproponowała wprowadzenie do lokalnego prawa odpowiednich przepisów „antydyskryminacyjnych”.

 

Joseph szybko stał się twarzą kampanii przeciwko „nienawiści”, ale jak się okazało wszystko psu na budę, bo młody homoseksualista padł ofiarą samego siebie. W Internecie pojawiło się nagranie, na którym wyraźnie widać, że chłopak robi nieudane salto w tył i uderza twarzą w chodnik. Obrażenia, jakich miał doznać wskutek pobicia przez homofobów, powstały właśnie podczas upadku na chodnik. Policja uznała Bakena winnym składania fałszywego zawiadomienia o przestępstwie oraz skazała go na 300 dolarów grzywny i karę 180 dni aresztu w zawieszeniu.

 

Działacze z prorodzinnych organizacji nie mają wątpliwości czemu służą takie happeningi. - W Montanie mieliśmy do czynienia z kilkoma przypadkami, w których społeczność gejowska wskazywała na dyskryminację, w których śledztwo wykazało, że były to absolutne kłamstwa – stwierdził Jeff Laszloffy z Montana Family Foundation, który w rozmowie z Lifesitenews.com podkreślał, że pozorowanie „zbrodni nienawiści” staje się w USA prawdziwą modą. Popularne staje się zwłaszcza zawiadamianie o takich „przestępstwach” telefonicznie.

 

Kilka przykładów? Proszę bardzo – dziewiętnastoletnia Alexandra Pennel sama podrzucała kartki z groźbami pod własnym adresem. Szybko jednak zdołała nakręcić kampanię wsparcia i solidarności z homoseksualistami, włączają w to studencki marsz poparcia dla siebie samej. Dziewczyna występowała także na „antydyskryminacyjnych” wiecach, zapewniając, że nie ulegnie homofobom i nie da się zastraszyć. Mimo działań policji groźby jednak wciąż napływały. Zdziwieni funkcjonariusze zamontowali ukrytą kamerę, która uwieczniła rzekomą ofiarę homofobii w momencie, kiedy ta sama wrzuca pod drzwi swojego pokoju kartki z groźbami. Panna Pennel została karnie wydalona z uczelni. Postawiono jej 25 zarzutów. Innym razem, ofiarami „zbrodni nienawiści” padła para lesbijek – na ich garażu pojawił się napis: „Kill teh Gay”. Zarzuty jednak postawiono samym paniom – okazało się bowiem, że to one sfabrykowały dowody.

 

Kilka razy pisałam już na portalu Fronda.pl, że bardzo dziwi mnie larum podnoszone w obronie prześladowanych homoseksualistów, którym rzekomo odmawia się wielu przywilejów. Jacyż oni się prześladowani, skoro rok w rok mogą dumnie maszerować ulicami stolicy w eskorcie policji? Podobnie, w innych miastach Polski, które zezwalają na tzw. Marsze Równości, które właściwie nie są niczym innym, jak tylko promocją homoseksualizmu. O jakim prześladowaniu i pozbawianiu głosu mówimy, kiedy w sejmowych ławach zasiada homoseksualista, który poselski stołek zawdzięcza właściwie jedynie swojej orientacji seksualnej, a inny bryluje w mediach jako ekspert? Jakież to „zbrodnie nienawiści” popełniane są względem gejów, którym właściwie co chwila przyznaje się coraz to nowe przywileje? Doprawdy, trudno mi powiedzieć. I dlatego geje, których tak naprawdę wszyscy zdrowi i normalnie myślący ludzie mają w głębokim poważaniu (choć wiem, że w tym przypadku słowo „głęboko” może zabrzmieć dwuznacznie) muszą prześladować samych siebie, aby dowieść jak to ciężki żywot pędzą w takich homofobicznych krajach, jak na przykład w Polsce. Nikt wcale krzywdy robić nie chce, więc w walce o jeszcze szersze przywileje muszą ją robić sobie sami (pomijam już fakt, że największą krzywdą jaką sobie wyrządzają, to aktywne praktykowanie swojej chorej orientacji przy jednoczesnym zaniechaniu wszelkich prób wyleczenia się z tej dewiacji). Nagłaśnianie tego typu „przestępstw” (czy to sfingowanych przez same rzekome ofiary, czy to podniesionego do rangi „zbrodni nienawiści” nazywania rzeczy po imieniu) służy tylko jednemu – ma podkreślić moralną i społeczną słuszność wprowadzania „antydyksryminacyjnej” polityki, a jednocześnie utwierdzać społeczeństwo w przekonaniu, że konieczne jest tworzenie specjalnych przywilejów prawnych dla homoseksualistów.

 

Absurd, ale w tym szaleństwie jest metoda.

 

Marta Brzezińska